Nie zachwyciło tegoroczne Święto Mazurskiego Kartoflaka. Nie podniosło atrakcyjności imprezy nawet zaangażowanie dyrektora MDK-u, który osobiście serwował porcje mazurskiego specjału kulinarnego.

 Chudy KartoflakImpreza organizowana była już ósmy raz, ale widzów z roku na rok ubywa. Plac Juranda świecił na ogół pustkami. Bardziej znaczący przyrost publiczności nastąpił przed godz. 14.00, kiedy to miała rozpocząć się darmowa degustacja kartoflaka. Ustawiła się wówczas długa kolejka, która nie całkiem karnie czekała na ów mazurski przysmak.

- Tłok pod stoiskiem był taki, że moi pracownicy ledwie dawali radę – mówi Andrzej Materna, dyrektor MDK-u. Musiał im pospieszyć z pomocą i osobiście wydawać porcje przysmaku. Mimo to, nie każdy miłośnik mazurskiego specjału wychodził z kolejki zadowolony. - Porcje, tak mi się wydaje, z roku na rok są coraz mniejsze, choć nadal smaczne – mówi się pan Czesław z Warszawy, znany „Kurkowi” z poprzednich imprez.

- A gdzie podziały się konkursy kulinarne z udziałem restauratorów? - pytał zawiedziony. W poprzednich latach miejscowe placówki gastronomiczne biorące udział w konkursach przy okazji serwowały całe zestawy potraw sporządzonych w oparciu o ziemniaka, w dodatku pięknie podane.

- Była to uczta dla oka i podniebienia, a teraz... - macha zrezygnowany ręką.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

ATRAKCJE NIECO UKRYTE

W tym roku, wzorem ubiegłych lat nie zabrakło kramów z rękodziełem, wyrobami wędliniarskimi i garmażeryjnymi oraz raczej tandetnymi plastikowymi pamiątkami czy zabawkami. Konkursy związane z kartoflem, choć pomysłowe, były skierowane z kolei do młodej części widowni. Podobnie jak atrakcje ukryte w zamkowej fosie i niedostatecznie rozreklamowane. A było na co popatrzeć, bo działała tam chata garncarza, buchał ogień pod staropruską kuchnią i swoje podwoje otworzył warsztat tkacki oraz namiot wróżki. Można było spróbować ulepić mały garnek, upiec podpłomyki i gotować zupę. Milusińscy także próbowali posiąść umiejętności kaletnicze w warsztacie Adama Gełdona lub postrzelać z łuku w wiosce miejscowej drużyny łuczniczej. Podobnych atrakcji, niestety, zabrakło dla dorosłych. Na nich, a właściwie na łakomczuchów, którzy skonsumowali zbyt wiele porcji kartoflaka czekał jeszcze zbiorowy taniec na plaży. Podczas pląsów można było utracić nadmiar kalorii.

Niekulinarną częścią imprezy był wieczorny koncert. Tym razem przybyłych bawiła kapela Jazgodki i Transkapela Wasilewskich o uznanej marce, ale grająca raczej dla wyrobionej muzycznie widowni. Ci, którzy oczekiwali muzyki łatwej i przyjemnej, srodze się zawiedli.

Jak nam tłumaczy dyrektor Andrzej Materna, właściciele restauracji nie chcą już ze sobą konkurować. Dlatego też zrezygnowano z konkursów kulinarnych. Podkreślił także, że impreza ma być folkowo-ludowa, stąd taki, a nie inny dobór zespołów muzycznych.

Marek J.Plitt{/akeebasubs}