W powiecie przybywa obcokrajowców, którzy podejmują tu pracę. W większości są to obywatele Ukrainy. Przeważnie przyjeżdżają do nas za chlebem, by zarobić na utrzymanie swoich rodzin. Są jednak tacy, których do Polski sprowadziły względy rodzinne. Obecna sytuacja na rynku pracy powoduje, że coraz chętniej zatrudniają ich lokalni pracodawcy.
MAM TU DOBRE WARUNKI
Już nie tylko w dużych miastach, ale i mniejszych ośrodkach, takich jak choćby Szczytno, na ulicach czy w sklepach można coraz częściej usłyszeć język ukraiński. W większości przypadków Ukraińcy przyjeżdżają do Polski za pracą. Zatrudniani są w różnych sektorach gospodarki: budownictwie, rolnictwie, przetwórstwie i usługach. W powiecie szczycieńskim znajdują również zajęcie w m.in. przemyśle drzewnym. Jedną z takich osób jest Grigorij Biełyj pochodzący ze środkowej Ukrainy. Jest pracownikiem zakładu produkującego drewniane palety w Klonie należącego do Janusza Skiby. Obsługuje różne stanowiska, bo, jak podkreśla jego pracodawca, doskonale radzi sobie z każdą maszyną. – To sprawdzony, bardzo pracowity człowiek – chwali go Janusz Skiba. Po przyjeździe do Polski pan Grigorij pracował najpierw w Klonie, ale potem wyjechał do dużych miast – Warszawy i Gdańska. Po pewnym czasie wrócił na Mazury.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
UBOCZNE SKUTKI 500 PLUS
W firmie Janusza Skiby pracuje obecnie 8 obywateli Ukrainy, w tym jedna kobieta. Zakład funkcjonuje od 2004 r., a jego odbiorcami są firmy z całej Polski. W ciągu miesiąca wyjeżdża stąd 20 tirów załadowanych drewnianymi paletami. Właściciel przyznaje, że brakuje mu rąk do pracy. – Nawet w tej chwili jestem gotów zatrudnić od zaraz z dziesięć osób, bez żadnych specjalnych kwalifikacji, ale nie ma chętnych – mówi Janusz Skiba. Dlatego pozyskuje pracowników gdzie tylko się da, w tym także z Ukrainy. – U mnie praca jest dla każdego. Nikt nie może narzekać, że zatrudniam Ukraińców, a nie Polaków, bo ci nie są tym zainteresowani – podkreśla. Jego zdaniem problem zaczął się wraz z wprowadzeniem rządowego programu 500 +. Część osób zaczęła się zwalniać, by otrzymywać świadczenie także na pierwsze dziecko. – Według mnie powinna obowiązywać zasada, że aby dostać te pieniądze, przynajmniej jeden rodzic musi pracować – uważa pan Janusz. Nie kryje przy tym, że z Ukraińcami też bywa różnie. Są wśród nich ludzie sumienni, tacy jak Grigorij, ale i tacy, którzy niezbyt rzetelnie wywiązują się ze swoich obowiązków. – To tak samo jak z Polakami. Zdarza się, że czym więcej zarobią, tym dłużej nie ma ich w pracy – porównuje przedsiębiorca. Nie ukrywa, że zarobki u niego nie należą do najwyższych. Z jednej strony wynika to ze specyfiki zakładu – nie potrzeba tu ludzi o wysokich kwalifikacjach. Z drugiej obwinia za tę sytuację politykę państwa. – Bardzo dużym obciążeniem dla pracodawców są wysokie składki na ZUS. Im więcej zapłacimy pracownikowi, tym więcej musimy ich odprowadzić – twierdzi pan Janusz.
ZA GŁOSEM SERCA
Nie wszyscy Ukraińcy przyjeżdżają do Polski za chlebem. Są i tacy, których sprowadzają tu względy rodzinne. Tak stało się w przypadku Oksany Kaczmarczyk. Pochodzi z miasta Równe położonego niedaleko od granicy z Polską. Ukończyła studia międzynarodowe na kierunku ekonomia na Uniwersytecie Kijowskim. Jak sama mówi, na Ukrainie miała dobrą pracę i nie myślała o wyjeździe, aż do momentu, gdy poznała swojego przyszłego męża Polaka, mieszkańca Burdąga. – Mąż nie chciał żyć na Ukrainie i dlatego przeprowadziłam się do Polski – mówi pani Oksana, która mieszka tu już siedem lat. Wspomina, że początki jej pobytu nie należały do najprzyjemniejszych. Wszystko przez to, że świeżo upieczeni małżonkowie byli skrupulatnie kontrolowani, czy przypadkiem nie zawarli fikcyjnego ślubu. – Do domu przyjeżdżała straż graniczna, aby sprawdzić, czy na pewno mieszkam z mężem – opowiada pani Oksana. Przy okazji tych wizyt zdarzały się jednak zabawne sytuacje. – Najśmieszniejsze było to, jak pewnego razu zapytali mnie, jakiego koloru są kapcie, które mąż nosi w domu – śmieje się. Przez pewien czas pani Oksana pracowała w restauracji w Jedwabnie. Potem była zarejestrowana w Powiatowym Urzędzie Pracy, skąd trafiła na staż, a następnie na prace interwencyjne w Urzędzie Gminy Jedwabno. Jest tu zatrudniona od września ubiegłego roku. Jak podkreśla wójt Sławomir Ambroziak, pani Oksana dała się poznać jako bardzo dobry pracownik. Do jej największych atutów zalicza znajomość języków obcych: ukraińskiego, rosyjskiego i angielskiego. Z posady w urzędzie gminy jest bardzo zadowolona. – Dobrze mi się tu pracuje – podkreśla pani Oksana. Obecnie jest w trakcie ubiegania się o polskie obywatelstwo. Liczy na to, że związane z tym formalności uda się niebawem załatwić. Na Ukrainie ma siostrę i brata, których często odwiedza. – Ludziom trudno się tam żyje. Jest problem z pracą, są wysokie opłaty, a wynagrodzenia niskie. Do tego jeszcze we wschodniej części kraju toczy się wojna. Młodzi chłopcy uciekają z Ukrainy, żeby nie iść do wojska – mówi ze smutkiem, ciesząc się jednak z tego, że w regionie, z którego ona pochodzi, panuje spokój.
NIKOMU NIE ODBIERAJĄ CHLEBA
Z danych Powiatowego Urzędu Pracy w Szczytnie wynika, że od 1 stycznia do 7 listopada tego roku liczba oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcom w naszym powiecie wyniosła 147. Zdecydowana większość, bo 110 dotyczyła obywateli Ukrainy, 35 – Białorusi, po jednym - Gruzji i Rosji. Zdaniem dyrektor PUP Beaty Januszczyk, w porównaniu z innymi powiatami, nie jest to wcale tak dużo. – O wiele więcej cudzoziemców pracuje w sąsiednim powiecie mrągowskim – zauważa dyrektor PUP. – Trzeba zdecydowanie powiedzieć, że pracodawcy sięgają po obcokrajowców w ostateczności, kiedy nie mogą zrealizować ofert pracy wśród Polaków – podkreśla Beata Januszczyk. Dzieje się tak dlatego, że zwykle są to zajęcia za minimalne wynagrodzenie, za które polscy obywatele nie chcą pracować. Ostatnio jednak daje się zauważyć nowy trend. – Coraz częściej cudzoziemcy też nie są zainteresowani zatrudnieniem za najniższą pensję i szukają takich pracodawców, którzy proponują im wyższe wynagrodzenie – mówi dyrektor. Przy okazji mocno akcentuje to, że państwo w żaden sposób nie dotuje zatrudniania obywateli Ukrainy i innych państw. To po stronie pracodawcy leży zapewnienie im zakwaterowania, a jego kosztów nie mogą odliczać od pensji. – Dlatego nieprawdziwe są wszystkie nieprzychylne obcokrajowcom komentarze, że odbierają chleb Polakom. Oni ratują naszych pracodawców, którzy bez nich nie mieliby rąk do pracy – podkreśla Beata Januszczyk.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
