Coraz więcej kobiet pełni ważne funkcje, również w samorządach. W związku z tym pojawia się dylemat, jak je tytułować. Czy powinniśmy używać żeńskich form, tzw. feminatywów, czy może stosować jak dotychczas męskie nazwy, dodając do nich tylko słowo „pani”? Zapytaliśmy o to kilka kobiet sprawujących eksponowane stanowiska w powiecie szczycieńskim i województwie.
ZMIANA NADCIĄGA Z WARSZAWY
Nikogo już nie dziwi, że kobiety pełnią ważne funkcje, zarówno w biznesie, jak i polityce czy samorządzie. W powiecie szczycieńskim mamy obecnie dwie panie na urzędzie wójta, w przeszłości urząd burmistrza sprawowały one także w Pasymiu i Szczytnie. Coraz więcej kobiet jest sołtysami, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyraźną przewagę mieli tu panowie. Za przemianami społecznymi próbuje nadążyć język. Stało się to widoczne zwłaszcza po ostatnich wyborach parlamentarnych. Występujące w mediach panie wchodzące w skład rządu proszą, by zwracać się do nich nie „pani minister”, lecz „ministra”, choć akurat do tej formy językoznawcy mają zastrzeżenia.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
TO WYMAGA CZASU
Czy feminatywy staną się popularne także i w mniejszych ośrodkach, z dala od Warszawy? Zapytaliśmy o to kobiety sprawujące eksponowane stanowiska w powiecie szczycieńskim.
Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Szczytnie i kandydatka na burmistrza Szczytna Beata Januszczyk potwierdza, że stosowanie żeńskich form jest preferowane w większych ośrodkach miejskich. Sama się o tym przekonała, studiując w warszawskiej Szkole Liderów. - Tam bardzo mocno wpajano nam stosowanie feminatywów – mówi. W oficjalnych pismach do minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszki Dziemianowicz - Bąk, zwraca się do niej „ministra”. Sama natomiast jest za tym, aby zachować tu pewną równowagę. - Uważam, że to kobieta powinna decydować o tym, jak należy się do niej zwracać – przekonuje Beata Januszczyk, dodając, że w mniejszych społecznościach ludzie nie są jeszcze gotowi na używanie żeńskich form. Jej zdaniem ich utrwalenie się w codziennym języku wymaga czasu. Sama woli, kiedy ludzie zwracają się do niej „pani dyrektor”. - „Dyrektorka” pracownicy mówią o mnie nieoficjalnie. Nie mam nic przeciwko temu, choć „pani dyrektor” brzmi bardziej elegancko – przyznaje Beata Januszczyk. Według niej niektóre formy, takie jak np. „kierowniczka” mogą być odbierane przez kobiety jako umniejszające i dlatego panie nie lubią ich stosować.
ZA WÓJTOWĄ SIĘ NIE OBRAŻA
Tradycjonalistką jest wójt gminy Dźwierzuty Marianna Szydlik. Choć ma do wyboru aż trzy żeńskie formy na nazwanie swojej funkcji: „wójtka”, „wójcina” lub wójcini”, zdecydowanie woli „panią wójt”. - Jeżeli jednak ktoś będzie chciał się do mnie zwracać używając żeńskiej formy, to nie mam nic przeciwko temu – śmieje się Marianna Szydlik. Przyznaje, że do tej pory nikt jeszcze nie nazwał jej „wójtką”, czy „wójciną”. - Najczęściej mieszkańcy mówią o mnie „wójtowa”. Też się za to nie obrażam – mówi, mają świadomość, że stosowane przez ludzi w odniesieniu do niej określenie oznacza w języku polskim żonę wójta.
WICEMARSZAŁKINI BRZMI ŁADNIE
Sylwia Jaskulska za to od feminatywów nie stroni. Sama siebie nazywa wicemarszałkinią. - Język polski jest piękny i bogaty, więc powinniśmy z jego bogactwa korzystać. Marszałkini brzmi bardzo ładnie – mówi. Poza tym, jak zauważa, kobiety powinny zadbać o siebie także w sferze językowej, bo mężczyźni już od dawna to robią. - Niech panie zatroszczą się o to, by zwracać się do nich tak, jak chcą – mówi Sylwia Jaskulska. Sama, z racji kontaktów zawodowych, spotyka się z paniami pełniącymi ważne funkcje. - Staram się używać wtedy feminatywów, zwracając się do nich np. „posłanko”, choć czasem łapię się na tym, że mówię „pani poseł” - śmieje się wicemarszałkini.
CHIRURŻKA TO PRZESADA
Dyrektor szpitala w Szczytnie Beata Kostrzewa wobec żeńskich form ma mieszane uczucia. Według niej ich rosnąca popularność w znacznej mierze jest wynikiem politycznej poprawności. - Komuś się wydaje, że używanie wobec nas męskich form obraża nas jako kobiety, a to nieprawda – przekonuje. Dlatego postuluje zachowanie zdrowego rozsądku. - Czasem spotkam się z określeniem „pani dyrektorka”, ale to jakoś głupio brzmi – mówi Beata Kostrzewa, zastrzegając, że jej jest obojętne, czy tytułuje się ją „dyrektorką” czy „panią dyrektor”. To drugie określenie brzmi jednak dla niej dostojniej. Dostrzega także pewne fonetyczne zgrzyty w żeńskich formach. - Czy panią doktor robiącą u nas specjalizację z chirurgii miałabym nazywać chirurżką? Wydaje mi się, że byłaby to przesada – mówi dyrektor. - Zachowujmy balans, nie dajmy się politycznej poprawności – apeluje.
(ew){/akeebasubs}
