Tegoroczne Dni i Noce Szczytna nie odbyły się z powodu epidemii koronawirusa. Jedni żałują, inni się cieszą. Czy dłuższa przerwa w organizacji imprezy skłoni decydentów do przemyślenia na nowo formuły i wprowadzenia zmian? O oczekiwania związane ze świętem grodu spytaliśmy ludzi kultury, samorządowców i przedsiębiorców.
WIĘCEJ LOKALNOŚCI
Przedostatni weekend lipca w Szczytnie wyglądał inaczej niż zazwyczaj o tej porze roku. Zamiast tłumów na ulicach i muzyki na pl. Juranda – zwykły wakacyjny ruch. Podobnie jak i inne duże imprezy plenerowe, również Dni i Noce trzeba było odwołać z powodu epidemii koronawirusa. Mieszkańcy decyzję władz miasta przyjęli ze zrozumieniem, godząc się z tym, że pod względem letnich wydarzeń ten rok będzie raczej stracony. Jedni żałują, że święto grodu się nie odbyło, tęskniąc za gwarem, darmowymi koncertami i zabawą pod gołym niebem. Drudzy się cieszą, bo wreszcie mogli odpocząć od tłumów, hałasu oraz wszechobecnej komercji, która wielu już się przejadła. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, Dni i Noce powrócą za rok. Czy w tej samej, jak dotąd formule, czy może w zmienionej? Czy miejscy decydenci wykorzystają ten czas, aby przemyśleć na nowo organizację największego letniego wydarzenia kulturalno – rozrywkowego w mieście? Jeśli tak, to co powinni zmienić?{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Aleksander Tomaszczyk, twórca Orkiestry Salonowej SAKS na pytanie, czy żal mu, że Dni i Noce się nie odbyły odpowiada: - W takiej formule jak dotychczas nie żal, ale ogólnie żal, że nie było tej imprezy. Podkreśla, że jest „maniakiem” szeroko pojętej lokalności – od sfery artystycznej poczynając, na gastronomii kończąc i tego właśnie brakowało mu podczas święta grodu. – Nie podoba mi się wszechobecny łomot i ulice śmierdzące olejem. Chodziłem na Dni i Noce, ale ich formuła nie do końca mi odpowiadała, bo impreza straciła swój klimat – mówi, nawiązując do pierwszych jej edycji, które miały niepowtarzalny urok. Wspomina, że dawniej zapraszano do udziału artystów w różny sposób związanych ze Szczytnem, takich jak Grażyna Świtała czy Krzysztof Daukszewicz. – Dziś mają oni swoich godnych następców w młodszym pokoleniu, trzeba tylko poszukać – podpowiada pan Aleksander. Według niego należałoby rozważyć powrót do biletowanych koncertów. – Przychodzą na nie ludzie autentycznie zainteresowani danym wykonawcą, a nie przypadkowi słuchacze. Te 50 zł na bilet przez cały rok można przecież sobie odłożyć – przekonuje.
ZAPYTAJCIE MIESZKAŃCÓW
Obecna formuła Dni i Nocy nie przemawia też do radnego Pawła Krassowskiego. – Zrobił się z tego jeden wielki spęd i jarmark. Brakuje kameralności, a w dodatku w ciągu dnia na scenie nic się nie dzieje – zauważa. Jest za tym, aby umożliwić występy lokalnym wykonawcom, u których dostrzega duży potencjał. – Oczywiście wielkie gwiazdy są OK, ale my też mamy się czym pochwalić – mówi radny. Według niego organizatorzy, zanim zajmą się przygotowaniem kolejnej edycji imprezy, powinni najpierw zapytać o zdanie na temat formuły mieszkańców. – To oni najlepiej wiedzą, czego oczekują i co sądzą o obecnym kształcie Dni i Nocy – twierdzi Krassowski.
MOŻE DECYDENCI USIĄDĄ I POMYŚLĄ
Jerzy Klenczon, stryjeczny brat Krzysztofa Klenczona i były radny powiatowy utrzymuje kontakt z wieloma fanami szczycieńskiej imprezy. – Oni żałują, że w tym roku się nie odbyła, ale rozumieją sytuację. Sam też jestem zasmucony, ale może ta przerwa dobrze wpłynie na przyszłość, nasi decydenci usiądą i pomyślą, co zrobić – zastanawia się. Podpowiada, że jest ku temu okazja, bo za rok przypada 40. rocznica śmierci Krzysztofa Klenczona i warto by to wykorzystać. Przyznaje, że i jemu nie do końca odpowiada otwarta formuła imprezy. – Panuje straszny bajzel, nie wszyscy są zainteresowani muzyką – podsumowuje. Z drugiej jednak strony zauważa, że w Szczytnie nie ma warunków do organizowania bardziej kameralnych koncertów, bo brak amfiteatru, a dziedziniec ratusza do tego się nie nadaje. Jego zdaniem można by było również zastanowić się nad skróceniem imprezy do dwóch dni.
POPRACUJMY NAD JAKOŚCIĄ
Rafał Wilczek, były kandydat na burmistrza Szczytna, a w przeszłości także naczelnik Wydziału Promocji i Projektów Europejskich z ramienia Urzędu Miejskiego współtworzył kilkanaście lat temu nową formułę imprezy polegającą na rezygnacji z biletowanych koncertów. Dziś uważa, że nie ma już od niej odwrotu i ludzie nie powinni płacić za udział w tym wydarzeniu. – To nie może być impreza dla wybranych – argumentuje. Dodaje, że gdyby znów wprowadzono bilety, to i tak dochód z ich sprzedaży nie pokryłby całych kosztów koncertu, do którego miasto musiałoby dołożyć, a uczestniczyliby w nim tylko nieliczni. Według niego przerwa w organizacji imprezy to dobry moment na zastanowienie i poszukanie oryginalności. – Czy obecna formuła nie zrobiła się zbyt przaśna, czy nie należy przyjrzeć się kosztom, by ograniczyć te zbędne? - zastanawia się Wilczek, pokładając nadzieje w niedawnych zmianach kadrowych w urzędzie. – Jest nowa pani naczelnik promocji. Liczę, że ma jakieś świeże pomysły.
Jego zdaniem skrócenie święta miasta do dwóch dni niewiele by zmieniło poza logistyką, za to sprowokowałoby dyskusję, czy lepiej zrezygnować z piątkowych wydarzeń, czy może niedzielnych. – Byłoby to podejście bardziej ekonomiczne, a nie jakościowe – uważa. Sceptycznie odnosi się także do pomysłów związanych z odejściem od zamykania na czas Dni i Nocy ul. Odrodzenia i przeniesienia ich w inne miejsce, np. na stadion przy ul. Śląskiej. – Tam mogłyby się odbywać imprezy w stylu Lato z Radiem. Pamiętajmy jednak, że Dni i Noce to święto miasta, a czy jest lepsze miejsce do jego organizacji, niż centrum? – pyta. Podpowiada, że należałoby popracować na jakością, estetyką i czystością. – Wiadomo, że od wszechobecnej chińszczyzny nie uciekniemy, ale zastanowiłbym się, jak to zorganizować, by wyglądało lepiej – mówi Rafał Wilczek.
PRZENIEŚMY NAD JEZIORO
Wanda Kwiatkowska, właścicielka Mazur – Polu-u żałuje, że tegoroczna impreza się nie odbyła, zwłaszcza że, jak zauważa, w innych miastach nie wszystkie takie wydarzenia zostały odwołane. Podkreśla jednak, że dla jej biznesu nie miało to większego znaczenia. Ona sama zmieniłaby lokalizację święta grodu. - Wyprowadziłabym Dni i Noce z pl. Juranda nad jezioro. Dlaczego nie pokazujemy turystom tego, co u nas najpiękniejsze? - mówi. - Blokowanie całego miasta, jak to ma miejsce przy okazji tej imprezy, jest bez sensu. Nad jeziorem panowałaby zupełnie inna atmosfera – dodaje, sugerując, że np. w ruinach zamku lub gdzieś w pobliżu powinien powstać amfiteatr, w którym można by organizować koncerty.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
