Kiedy w roku 1950 zamieszkałem w nowo powstałej warszawskiej kamienicy przy ulicy Nowy Świat, to koło domu, przy rogu Nowego Światu z Ordynacką mieliśmy postój taksówek. Z tym, że na stosownym, okrągłym niebieskim znaku ulicznym widniał biały napis: POSTÓJ DOROŻEK SAMOCHODOWYCH. Fajna nazwa. Powszechnie zrozumiała. Słowo taksówka dopiero zaczynało funkcjonować w polskim języku, a co to zacz dorożka wiedział każdy obywatel.
Po Warszawie lat pięćdziesiątych poruszały się dość już liczne taksówki. W mniejszych miastach także bywały, ale raczej sporadycznie. Kiedy jeździłem jako kilkuletni brzdąc na wakacje do babci w Suwałkach, to ze stacji kolejowej wieziono nas do domu dorożką. Obowiązkowo. Autem to nie był żaden honor - po prostu wstyd i tyle. A wszystko to działo się zaledwie sześćdziesiąt lat temu.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Otrzymałem niedawno niezwykle interesującą dla mnie książkę „Życie uliczne niegdysiejszej Warszawy”. Autorstwa Stanisława Milewskiego. Spory fragment poświęcono w niej warszawskim dorożkarzom sprzed lat. Czytając historyczne wspominki na ich temat zrozumiałem wreszcie, co miał na myśli słynny polski radiowiec z Chicago Bob Lewandowski, który widząc w moim pokoju hotelowym butelkę taniej, miejscowej whiskey dał wyraz swojemu oburzeniu wołając: „człowieku, tego to nawet dorożkarze nie piją!”. Okazuje się otóż, że poczciwi dryndziarze już przed laty cieszyli się złą sławą jeśli chodzi o mało wybredny pociąg do kieliszka.
Wymieńmy kilka zabawnych przykładów opisanych w wspomnianej książce.
Poeta Artur Oppman tak charakteryzuje wygląd typowego przedstawiciela tej profesji:
Wąs sumiasty, nos pąsowy,
Twarz koloru pomidora,
płaszcz piaskowy, granatowy
i do sznapsa chętka spora.
Inny dziewiętnastowieczny poeta napisał tak:
Na koziołku sobie drzemie
władca bata i dorożki,
łeb frasowny wlepił w ziemię,
bo na rogu popił troszki.
Stanisław Milewski przytacza także fragment tekstu Wiktora Gomulickiego, który z literacką swadą opisuje słynny dorożkarski szynk, który ponoć mieścił się właśnie przy rogu dawnej ulicy Ordynackiej. Czyli niemal dokładnie tam, gdzie ja - nieletnie pacholę, ale już umiejące czytać - odcyfrowywałem tekst umieszczony na znaku postoju „dorożek samochodowych”.
Zostawmy dorożki jako takie. Dzisiaj jest to pojazd zabytkowy i rzadko stosowany. No może z jednym wyjątkiem. Jest nim historyczne miasto Kraków, gdzie dryndy stanowią nieodłączny element pejzażu miejskiego. Na Starym Rynku stoi ich zawsze co najmniej kilkadziesiąt. Wszystkie kryte - trochę w podobnym stylu jak dawne dyliżansy i wszystkie pomalowane na biało. Na warszawskiej Starówce też jest nieco dorożek, ale to już nie to.
W miastach mniejszych, zarówno polskich, jak i całej Europy, podstawowym środkiem prywatnej komunikacji jest niezastąpiony rower. W Szczytnie uliczni rowerzyści to widok całkiem normalny. Sięgnijmy do książki Stanisława Milewskiego i spójrzmy jakie były historyczne początki miejskich cyklistów, czyli publicznych użytkowników welocypedów. Na ich poruszanie się w obrębie miasta Warszawy pan oberpolicmajster wydał zgodę dopiero w roku 1896. Warszawskie Towarzystwo Cyklistów zawiązało się dziesięć lat wcześniej i wciąż walczyło o ten przywilej. Wraz z wspomnianą zgodą wydano także cały zbiór przepisów obowiązujących cyklistę poruszającego się po mieście. Wiekowo musiał on mieć co najmniej 17 lat. Ponadto miał obowiązek zdać egzamin z umiejętności szybkiego wsiadania na welocyped i zeskakiwania z niego, a także robienia zwrotów, jazdy powolnej oraz jazdy po wąskich ulicach. Ponadto musiał wiedzieć, że podczas prowadzenia pojazdu powinien trzymać się prawej strony.
Henryk Sienkiewicz, w czasach, kiedy przepis o ruchu prawostronnym nie był jeszcze znany, opisywał sanie, które suną ulicą jak sobie chcą - koło lewego chodnika lub prawego, zależnie od tego, na którą stronę się zatoczą. Mistrz Sienkiewicz zimową sannę uważał za najbardziej niebezpieczny środek lokomocji miejskiej.
Dzisiaj sanie jakoś znacznie rzadziej spotyka się zimą na naszych miejskich ulicach. Właściwie to nie spotyka się ich wcale.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
