Od lat mieszkańcy Koczka zabiegali u władz o przebudowę przebiegającej przez ich wieś drogi. Gdy już to się stało, niektórym radość szybko zamieniła się w smutek. A to dlatego, że projektanci i urzędnicy nie przewidzieli potrzeby budowy studzienki na wody opadowe w sytuacji, gdy nawierzchnia drogi podniosła się o kilkadziesiąt centymetrów.

Drogę przebudowali, ale zapomnieli o mieszkańcach
Po przebudowie, jak wskazuje Zdzisław Pianka, nawierzchnia drogi podniosła się o kilkadziesiąt centymetrów. To sprawia, że przy większych ulewach woda spływa bezpośrednio na jego i sąsiadki posesję

Koczek to mała letniskowa miejscowość w gminie Świętajno, położona nad rzeką i dwoma jeziorami. Latem ściągają tu turyści, by korzystać z uroków, które dała przyroda. Jednak nie wszyscy mają powody do zadowolenia. Wśród nich są mieszkańcy domu z nr 10, stojącym przy przebiegającej przez centrum wsi drodze. Jej przebudowa, którą przeprowadzono kilka lat temu, przynosi skutki bardzo dla nich dotkliwe. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} - Gdy przystępowano do robót bardzo się ucieszyliśmy, bo wcześniej mocno się tu kurzyło, szczególnie jak bez opamiętania letnicy pędzili swoimi wozami z prędkością ponad 100 km/godz. - mówi Zdzisław Pianka. Jego i małżonki radość, po oddaniu inwestycji do użytku, wkrótce zamieniła się w utrapienie. Podniesienie i to znaczne nawierzchni drogi, a jednocześnie niedostateczne zabezpieczenie odpływu z niej wody sprawia, że podczas obfitych opadów deszczu, notorycznie posesja nr 10 jest zalewana. - Trudno jest nam wyjść ze swojego domu, bo intensywne deszcze zalewają nam piwnicę i podwórko, niosąc ze sobą ogromne ilości piasku i innych nieczystości – relacjonuje Urszula Drężek, sąsiadka państwa Pianków. Skutki oczywiście mieszkańcy muszą usuwać samodzielnie. - Nie lepiej jest zimą i wczesną wiosną, gdy podczas intensywnych r oztopów wychodzimy bezpośrednio na lodowisko - dodaje.

SAMI MUSZĄ SOBIE RADZIĆ

Spore trudności na skutek podwyższenia drogi mają także z wjazdem i wyjazdem ze swojej nieruchomości. - Na początku musiałem auto zostawiać przy drodze, bo nie sposób było tu wjechać. Żeby ratować sytuację przywiozłem dwie wywrotki żużlu – mówi pan Zdzisław. To, jak się okazało, nie jest idealne rozwiązanie. Deszcze szybko żłobią wyrwy i trzeba je uzupełniać. - Sytuację najlepiej obrazuje to, że przed przebudową ogrodzenie naszej posesji znajdowało się powyżej przebiegającej drogi, a obecnie asfalt sięga niemal wysokości okien – żali się pani Urszula.

Od kliku lat mieszkańcy bezskutecznie domagają się od władz gminy przyjścia im z pomocą i naprawienia budowlanej fuszerki. - Pani wójt nie odpowiada na nasze pisma. Dopiero jak postraszyłem urzędników telewizją, to już następnego dnia przyjechali, aby przyjrzeć się sytuacji. Do tej pory jednak pozostaje ona bez zmian – mówi pan Zdzisław. A rozwiązanie według niego jest proste. W pierwszej kolejności należałoby poszerzyć korytko przy płocie na wody opadowe. - Zrobili takie malutkie, jakie ludzie montują przy garażach. Nie jest ono w stanie nas uchronić przy dużych ulewach, tym bardziej, że jest szybko zapychane opadającymi liśćmi z pobliskich drzew i piaskiem - dodaje mieszkaniec.

A WÓJT OBIECAŁA ...

Dwa lata temu Urszula Drężek zwróciła się na piśmie do wójt Alicji Kołakowskiej, prosząc w nim o podjęcie stosownych działań. Odpowiedź przyszła po … blisko roku. W niej wójt Kołakowska pisze m.in. Gmina Świętajno zobowiązuje się do całkowitego udrożnienia przepływu w zastosowanym odpływie liniowym. Od tego czasu minęło czternaście miesięcy, a pożądanego odpływu wody jak nie było tak nie ma.

MIESZKAŃCY MAJĄ PECHA

Maciejowi Templinowi, kierownikowi Referatu Technicznego w Urzędzie Gminy Świętajno, sprawa mieszkańców domu nr 10 w Koczku jest dobrze znana. Przyznaje, że zamontowana tam rynienka odpływowa jest za mała i nie spełnia swojej roli ze względu na pobliskie drzewa, szczególnie modrzewie, których spadające igły zapychają koryto. Zaproponował mieszkańcom wybudowanie na ich poseji studzienki, żeby tam spływająca z drogi woda mogła się gromadzić. - Ci ludzie mają pecha, bo mieszkają w najniżej położonym miejscu w Koczku – tłumaczy.

Mieszkańcy na to jednak się nie godzą. - Tu i tak jest niski teren, a nasz budynek jest i tak już zdeformowany przez tą wodą. Może być jeszcze gorzej – mówi pani Urszula i dodaje, że studzienka powinna być zamontowana na drodze. Co na to przedstawiciel urzędu? - Niedawno położyliśmy asfalt, nie będziemy go teraz kuć – odpowiada kierownik. Nie zgadza się też na spełnienie postulatu mieszkańców, by w miejscu uszkodzonego przez wodę ogrodzenia postawić nowe na podwyższonym cokoliku. W rozmowie z „Kurkiem” zapewnia jednak, że będzie starał się znaleźć kompromisowe rozwiązanie: - Porozmawiam z panią wójt i postaramy się w tym temacie coś zrobić.

DLACZEGO NIE POMYŚLANO O TYM WCZEŚNIEJ?

Dlaczego o budowie studzienki nie pomyślano przed rozpoczęciem inwestycji? - Mieszkańcy nie zgłaszali nam problemu – słyszymy od kierownika. Czy jednak i bez tego projektant oraz urzędnicy nie mogli przewidzieć, że w najniżej położonych posesjach taki problem się pojawi? Pani Urszula nie zamierza przejść obok tego obojętnie. Ze względu na odnotowane zniszczenia będzie domagać się od gminy wypłacenia jej należnego odszkodowania.

(o){/akeebasubs}