Całkowicie ogłuszony telewizją, gdzie o niczym nie da się usłyszeć i niczego zobaczyć, poza kolejnymi marszami w obronie wyższych wartości, uzupełnionymi wypowiedziami setek komentatorów - znawców prawa, państwowości, demokracji oraz Trybunału Konstytucyjnego, spróbowałam sięgnąć do prasy. W poszukiwaniu tematu do dzisiejszego felietonu.

Dywagacje i wspomnieniaNic z tego. Wszędzie to samo. Wszechobecna polityka. Nawet gdybym chciał dołączyć do ogólnopolskiej dyskusji, to i tak nie mam szans powiedzenia czegoś nowego, bo wszystko już zostało dziesiątki razy przegadane, zinterpretowane i powtórzone raz jeszcze. I to przez przedstawicieli wszystkich politycznych opcji. Na szczęście „Kurek Mazurski” nie aspiruje do pozycji wszechwiedzącego, politycznego organu i można znaleźć w nim trochę informacji z innych dziedzin życia. Mnie zaciekawił tekst „Lotnisko po miesiącu”. Chodzi oczywiście o lotnisko w Szymanach. Niewiele jest w tym tekście informacji, z których można by wróżyć owej inwestycji jakąkolwiek przyszłość, ale dobre i to.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Ja akurat, choć życzę portowi lotniczemu jak najlepiej, jestem absolutnym pesymistą co do jego dalszych losów. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby to być kiedykolwiek inwestycja rentowna. Oczywiście to takie sobie gdybanie. Czytam o frekwencji na pokładzie zbliżonej do 50%. Toż to garsteczka ludzi, kilkanaście osób, biorąc pod uwagę, że są to małe samoloty. Jeśli cena biletu do Krakowa wynosi około 150 zł (dwukrotnie drożej niż „InterCity”), to nawet jeśli poleci aż(!) 20 osób, oznacza to wpływ w wysokości 3000 zł. Załóżmy, że odbywają się dziennie dwa loty, czyli tam i z powrotem, to oznacza miesięczny przychód 6000 x 30 dni = 180000 zł. Śmieszna suma, jeśli z tego ma się utrzymać przewoźnik oraz lotnisko. Przecież to chyba nie starcza nawet na pensje pracowników portu. Zakładam, że ktoś przeliczył ilokrotnie należałoby zwiększyć liczbę lotów z pasażerami, aby przynajmniej wyjść na swoje. Ja nie mam o tym pojęcia, ale widzę czarno. Poza tym lotnisko powinno zarabiać poprzez wynajem powierzchni handlowej, a to wymaga naprawdę ogromnego przepływu ludzi.

Tak sobie, z ciekawości, postanowiłem zajrzeć do internetu i zobaczyć jak wygląda ruch w niektórych portach lotniczych. Zwłaszcza tych związanych z turystyką. Ja także zetknąłem się bezpośrednio z turystyczną komunikacją lotniczą na małych lotniskach, wyposażonych w niewielkie samoloty, ale było to na karaibskich wyspach. Doskonale pamiętam poranek w porcie lotniczym wielkości naszego w Szymanach. Było to na wyspie Curacao. O siódmej rano, przed budynkiem odlotów, stało koło 30 maszyn. Startowały mniej więcej co godzinę. Z tym, że wymienione lotnisko znajduje się na niewielkiej wyspie i samolot jest tam podstawowym połączeniem z kilkunastoma innymi wyspami archipelagu. Można powiedzieć, że napowietrzna komunikacja zastępuje polski PKS. Zatem tutaj nie ma co porównywać.

Kiedy kilka miesięcy temu, wczesnym rankiem, czekałem na odlot z kubańskiego lotniska w Hawanie, to zdziwiony byłem, że w liczącej ponad dwa miliony mieszkańców stolicy kraju, w dużym, reprezentacyjnym porcie lotniczym, są tylko dwa niewielkie barki, gdzie można się czegoś napić i od biedy zjeść. Zdziwienie moje nie trwało długo, kiedy spojrzałem na rozkład lotów. Kuba, kraj komunistyczny, jest nadal częściowo odcięty od świata. Odlotów i przylotów o charakterze ponadlokalnym jest dziennie mniej więcej tyle ile odprawia londyńskie lotnisko Heathrow w ciągu godziny (sprawdziłem to). Hawański port lotniczy jest bądź co bądź terminalem stołecznym, zatem wynajęcie powierzchni handlowej zapewne słono kosztuje. No to komu się to miałoby opłacać, mimo że rejestrowana liczba pasażerów rocznie, to jakby nie było około 3 i pół miliona osób, czyli około 10000 na dobę?

Zostawmy Hawanę. Zaciekawiły mnie lotniska bułgarskie. Bułgaria to kraj liczący zaledwie 7 milionów mieszkańców (ponad 5 razy mniej niż Polska), powierzchniowo, tak na oko, to jedna trzecia naszego terytorium. Bułgarzy żyją z nadmorskiej turystyki. Najważniejsze dwa rejony wypoczynkowe to okolice Warny, z głównym kurortem Złote Piaski oraz Burgas, gdzie turystycznym rajem jest pobliski Słoneczny Brzeg. Odległość między Warną i Burgas to około 150 km. W obu tych miastach funkcjonują porty lotnicze. Ten niewielki kraj ma jeszcze dwa duże lotniska. W stolicy kraju, Sofii i w Plovdiv. Sprawdziłem ilu pasażerów przewija się rocznie przez nadmorskie lotniska. Warna obsłużyła (dane z roku 2006) półtora miliona pasażerów, a Burgas milion osiemset. Razem to tyle co stolica prawie dwunastomilionowej Kuby. A warto dodać, że kurorty bułgarskie to jednak atrakcja sezonowa, podczas gdy na Kubie klimat nie zmienia się przez okrągły rok.

Co to wszystko ma wspólnego z lotniskiem Olsztyn-Mazury, czyli, że zacytuję Fredrę: „znaj proporcjum mocium panie”. Znam to proporcjum. Więc dodam jeszcze, że w niewielkich, plażowych Złotych Piaskach, koło Warny, jest ponad sto hoteli. W tym kilkanaście ogromnych i luksusowych. Byłem zarówno tam, jak i w Słonecznym Brzegu. Dwa nadmorskie porty lotnicze kipią życiem. Lotnisko w Warnie poważnie rozbudowano 10 lat temu.

No cóż… takie to sobie dywagacje na tematy turystyczno – lotniskowe. Choć widzę czarno, chciałbym życzyć portowi lotniczemu w Szymanach, mimo jego głupawej nazwy, jak najlepiej. I mam ochotę przypomnieć hasło prezydenta Billa Clintona: „gospodarka głupcze”. Z tym, że słowo „gospodarka” należałoby zastąpić słowem „turystyka”.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}