7-letnia Zosia Waszewska z Targowa trafiła do szczycieńskiego szpitala w czwartek przed świętami z silnym bólem głowy, brzucha i wysoką gorączką. Test wykluczył koronawirusa, jednak objawy były na tyle poważne, że została na oddziale dziecięcym. Tam spędziła ponad cztery dni, jednak lekarze nie byli w stanie postawić trafnej diagnozy. – Cały czas wmawiano nam, że ma zapalenie jelita albo grypę jelitową i podawano paracetamol – mówi ojciec Zosi. Kiedy wreszcie dziecko zostało przewiezione do szpitala w Olsztynie, okazało się, że ma wirusowe zapalenie mózgu.
MATKA WPUSZCZONA BEZ TESTU
Zosia Waszewska, 7-letnia mieszkanka Targowa miała podwójnego pecha. Nie dość, że zachorowała w czasie świąt, to jeszcze w trakcie epidemii koronawirusa.
Wszystko zaczęło się w nocy ze środy na czwartek (8/9 kwietnia). Dziewczynka dostała wysokiej gorączki. Matka nie mogła jednak przez dłuższy czas doprosić się o transport dziecka do szpitala. – Próbowała wezwać karetkę, ale jej odmawiano. Wreszcie, dzwoniąc pod numer 112, zdołała skontaktować się z dyspozytorem, który wysłał pomoc – relacjonuje tata Zosi, Robert Waszewski.
Dziewczynka trafiła wraz z mamą do szczycieńskiego szpitala w czwartek 9 kwietnia wczesnym rankiem. – Płakała, że strasznie boli ją głowa. Miała 39,3 stopni gorączki – mówi pan Robert. Ponieważ objawy mogły wskazywać na zakażenie koronawirusem, dziecku wykonano test, który na szczęście to wykluczył. Pan Robert nie może się jednak nadziwić, że badanie w kierunku wirusa zrobiono tylko Zosi, a nie jej mamie, którą po prostu wpuszczono wraz z dziewczynką na oddział. – Prosiłem, aby zbadali także żonę, ale pani doktor powiedziała, że skoro Zosia ma wynik ujemny, to nie ma takiej potrzeby – opowiada mężczyzna, nie kryjąc, że taka argumentacja wprawiła go w osłupienie.
UPARLI SIĘ, ŻE TO GRYPA
Stan 7-latki był na tyle poważny, że podjęto decyzję o jej hospitalizacji.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
RATUNEK PO CZTERECH DNIACH
Według ojca, dopiero w poniedziałek na dyżurze zjawiła się lekarka, która zleciła bardziej szczegółowe badania. Miała się też skonsultować ze szpitalem w Olsztynie w sprawie stanu Zosi. – Zapewniała mnie, że w Olsztynie powiedziano jej, że wszystko wskazuje na grypę – mówi pan Robert. Dodaje, że wieczorem tego samego dnia przypadkowo usłyszał rozmowę lekarki z lekarzem z Olsztyna, któremu czytała wyniki badań Zosi. Ten miał powiedzieć, że dziecko czym prędzej trzeba zabrać ze Szczytna. – Wtedy wpadłem w szał. Mojej córce przez cztery dni puchł mózg, a oni podawali jej paracetamol – nie kryje irytacji mężczyzna.
W szpitalu w Olsztynie stwierdzono, że Zosia ma wirusowe zapalenie mózgu. Czeka ją wielotygodniowe leczenie, w tym terapia sterydami, które dają silne efekty uboczne w postaci m.in. przybrania na wadze. – Nie ma żadnej pewności, że moje dziecko wyjdzie z tego bez szwanku. Jej stan wciąż jest nie najlepszy. Nie może chodzić, a kiedy siada na łóżku, to traci równowagę – mówi pan Robert. Jest przekonany, że gdyby personel szczycieńskiego szpitala szybciej zlecił stosowne badania, stan dziewczynki nie byłby tak zły jak teraz. – W Olsztynie, aby pobrać Zosi płyn rdzeniowy, ściągnęli okulistę w nocy. Dlaczego nie zrobiono tego w Szczytnie? – zastanawia się.
NIE OD RAZU WBIJAMY IGŁĘ W KRĘGOSŁUP
Dyrektor szczycieńskiego szpitala Beata Kostrzewa przyznaje, że czas, kiedy 7-latka trafiła do szpitala, był niefortunny. – Od samego początku sytuacja była bardzo stresowa, a rodzice zdenerwowani. Ojciec kierował pod adresem personelu groźby karalne, mówiąc, że nie dożyjemy następnych świąt – relacjonuje dyrektor. Dodaje, że doktor lecząca Zosię miała problem z uzyskaniem od matki precyzyjnych informacji o symptomach chorobowych dziecka, np. na temat występowania temperatury, bo stale zmieniała swoją wersję. Według Beaty Kostrzewy, objawy były nieswoiste. – Po trzech dniach rosnącej temperatury, nastąpił jej spadek. Poza tym gorączka u dziecka może oznaczać wszystko – przekonuje. Zapewnia, że w czasie przebywania Zosi w szpitalu personel nie popełnił żadnych błędów. – Wykonano szereg badań: rentgena oraz posiewy krwi, które były powtarzane. Przez cały czas szukano przyczyn gorączki – tłumaczy dyrektor. Przekonuje, że nie można było, przed wykluczeniem innych chorób, pobrać dziecku płyn rdzeniowy. – Nie ma tak, że my od razu wbijamy igłę do kręgosłupa, tym bardziej, że objawy wskazywały na problemy żołądkowe – twierdzi dyrektor. Dodaje, że podczas pierwszej konsultacji ze szpitalem w Olsztynie, doktor lecząca Zosię usłyszała, że nie ma wskazań, żeby ją tam wieźć. – Nastąpiło to dopiero po usilnych naleganiach pani doktor – przekonuje Beata Kostrzewa. To, że matce dziecka nie wykonano przed wejściem na oddział testu na koronawirusa, tłumaczy obowiązującymi procedurami. – W tym przypadku nie było takiej potrzeby – słyszymy.
Pana Roberta te wyjaśnienia nie przekonują. Twierdzenie, że personel nie był w stanie usłyszeć od jego żony precyzyjnych informacji o objawach Zosi, jeszcze bardziej go irytuje. - Czy to dziwne, że zdenerwowana matka mogła się pomylić? Czy był to odpowiedni moment na jej szczegółowe przesłuchania? - pyta mężczyzna. Zapowiada, że tak sprawy nie zostawi i nie wyklucza, że będzie dochodził swoich racji w sądzie.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
