W ostatnich felietonach poruszyłem całkiem na poważnie kilka miejscowych tematów. Niekoniecznie przyjemnych.

Dziś wspomnieniowoNapisałem to, co miałem do powiedzenia i doczekałem się najrozmaitszych komentarzy. To akurat dobrze. Gorzej, że oto zwracają się do mnie mieszkańcy Szczytna, mniej lub bardziej mi znani, z poważnymi pytaniami dotyczącymi spraw miejscowych. Na każdy temat. Tymczasem ja naprawdę nie jestem osobą kompetentną. Nie mam nic wspólnego z władzą, a to co wiem, pochodzi głównie z miejscowej prasy. Albo z codziennych obserwacji. Ogólnie biorąc nic nadzwyczajnego. Tymczasem ostatnio zmuszony jestem do częstego tłumaczenia się, że na taki, czy inny temat nie mam nic do powiedzenia. Zatem w dzisiejszym tekście, dla psychicznego odpoczynku (mojego), nie będzie ani słowa na temat miejscowych aktualności. Wspominałem niegdyś, że pośród moich stałych czytelników jest spora grupka starszych osób, które przed laty zdobywały wykształcenie w Warszawie. Dzisiaj mieszkają w Szczytnie, ale lata młodości darzą szczególnym sentymentem. Zatem im dedykuję dzisiejszy, wspomnieniowy felieton. Dostałem w prezencie gramofon. Sprzęt współczesny, ale służący do odtwarzania tradycyjnych, czarnych płyt. I to we wszystkich używanych dawniej szybkościach, czyli trzech. Sporo takich płyt mam własnych, ale nic to wobec pięknej kolekcji jaka jest w posiadaniu Muzeum Mazurskiego. Pośród innych dawnych nagrań trafiłem na „long-play” orkiestry ulicznej z Chmielnej. Posłuchałem dawnych przebojów i odżyły we mnie wspomnienia związane z tą uliczką, a także jej orkiestrą. Bo też ktokolwiek mieszkał przed laty w Warszawie, zawsze będzie odczuwał sentyment do tego miejsca. Ulica Chmielna powstała w roku 1770. Do czasu drugiej wojny światowej przebiegała od ulicy Nowy Świat do Miedzianej.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Po wojnie, nowo powstały Plac Defilad, na którym postawiono Pałac Kultury, przepołowił ulicę na odcinki Nowy Świat – Marszałkowska oraz Jana Pawła II – Miedziana. Ten pierwszy odcinek nazwano w roku 1952 ulicą Rutkowskiego. Drugi pozostał Chmielną. W roku 1989 skreślono Rutkowskiego i teraz oba odcinki mają dawną, tradycyjną nazwę. Co do samej postaci owego Rutkowskiego, to był to wykreowany przez peerelowskie władze na romantycznego bohatera komunistyczny bojówkarz, skazany na śmierć w roku 1925 za pospolite zabójstwo, nie mające nic wspólnego z polityką. A zatem cofnijmy się w czasie, przenieśmy na uliczkę Rutkowskiego i posłuchajmy grywającej tam orkiestry, która z godnością nosiła (i nosi) oficjalną nazwę ORKIESTRA ULICZNA Z CHMIELNEJ. Możemy ich słuchać także i dzisiaj. Wciąż grają, choć skład orkiestry pomału zmienia się. Początki zespołu to lata dwudzieste ubiegłego wieku, kiedy to bracia Jaworscy, Gienio i Władek muzykowali z grupką przyjaciół w warszawskiej knajpie na Bielanach „U Bochenka”. Podczas wojny grywali na ulicach miasta. Wszyscy znamy pierwszy powojenny polski film „Zakazane Piosenki”. Bracia Jaworscy współpracowali z ekipą filmową i większość piosenek nagrano z ich akompaniamentem. W latach tuż po wojnie milicja przeganiała warszawskich ulicznych grajków.

Władze nie akceptowały niekontrolowanych występów. Dopiero w roku 1956 kilka dawnych muzykujących grupek połączyło się, pod wodzą braci Jaworskich, w siedemnastoosobowy zespół, który otrzymał oficjalną zgodę na granie pod gołym niebem. Ale tylko w obrębie ulicy Rutkowskiego, czyli Chmielnej. Od tej pory uliczka ta stała się skansenem starowarszawskiego, przedwojennego folkloru. Artyści grali i śpiewali dawne estradowe przebojowe tanga oraz „szemrane”, uliczne szlagiery jak „Hanko”, czy „Syn ulicy”. Przypominam sobie także jak podejmowano próby komponowania piosenek nowych. W latach sześćdziesiątych niezwykle popularnym w świecie piosenkarzem był włoski artysta Fred Buscaglione. Znany także w Polsce wykonawca piosenek takich trochę w stylu bandycko – mafijnym („Teresa”, „Piccola”). Otóż czołowy wokalista orkiestry z Chmielnej, Jan „Kasza” Sielski, zaśpiewał kilka piosenek skomponowanych w podobnym stylu, a jedna z nich stała się modnym, radiowym przebojem. Doskonale pamiętam fragmenty tekstu owego szlagieru: Nie wychodź bez noża, nie sypiaj, nie jadaj. Z nim kładź się do łoża, do stołu z nim siadaj. Gdy panna wyznania ci grucha na ucho, w gorączce kochania miej nóż za pazuchą… I tym ostrym akcentem zakończę dzisiejsze sentymentalne wspomnienia.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}