Dzisiaj dodam mojemu felietonowi jeszcze podtytuł KARNAWAŁ PODCZAS PANDEMII.

Karnawał trwa już ponad trzy tygodnie. Trwa teoretycznie, ponieważ nic wesołego się nie dzieje. Do tłustego czwartku pozostało jeszcze ponad dwa tygodnie. Brak karnawałowych rozrywek zdecydowanie przygnębia. Przynajmniej mnie. Z braku tradycyjnych balów postanowiliśmy, w rodzinie, wziąć sprawy w swoje ręce i jakoś tam zabawić się w domu. Do tego celu wykorzystaliśmy Dzień Babci (21 stycznia). Mieszkamy z babcią - mamą mojej żony, zatem był to znakomity, imprezowy, pretekst. Do rodzinnego kompletu doprosiliśmy gościa z zewnątrz, czyli przyjaciółkę naszej ukochanej nestorki. Zresztą także naszą. Aby przygotować owo rodzinne przyjęcie, wzięliśmy pod uwagę kulinarne tradycje tłustoczwartkowe. Jak wiadomo podstawowymi smakołykami serwowanymi owego dnia są faworki i pączki. Monika, czyli moja żona, jest naprawdę wybitną specjalistką w procesie ich wypieku. Wykorzystaliśmy zatem jej talent. Ale tylko w połowie, ponieważ doszliśmy do wniosku, że tym razem podamy jedynie faworki, a ucztę pączkową odłożymy na dzień tłustego czwartku. Świąteczny wieczór babciny uważam za wyjątkowo udany. Faworki były cieniutkie i kruche, a nie rozpadały się. Takich nie da się kupić.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Skoro wymieniłem nazwy frykasów, podawanych na zakończenie karnawału, pozwolę sobie napisać o nich kilka ciekawostek. Pierwsza, historyczna, jest taka, że wymienione łakocie wymyślono około 230 lat temu, w tym samym roku, to jest 1792. Przez zupełnie sobie obcych, warszawskich piekarzy. Polskie faworki są autorstwa panów Witkowskiego i Wojciechowskiego, natomiast współczesną formę pączka zawdzięczamy mistrzowi Czutowskiemu. Imion historycy nie znają. Napisałem „współczesną formę”, bowiem pączek, znany był już dużo wcześniej, jako danie na tłusty czwartek. Tyle że był on pieczony z chlebowego ciasta, a nadziewany słoniną lub boczkiem. Popijano to cudo bardzo obficie. Oczywiście wódką. Osiemnastowieczny polski historyk i pamiętnikarz Jędrzej Kitowicz (autor słynnego dziełka „Opis obyczajów”) tak napisał o owych odmianach pączka: staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko, mógłby go był podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, że ścisnąwszy go w ręku, znowu się rozciąga i pęcznieje, jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska. W tym czasie w Warszawie funkcjonowało już około stu kawiarni. Królowały w nich wymienione cukiernicze wyroby. Szczególnie ukochał je król Stanisław August Poniatowski. Poeta August Trembecki, bywalec czwartkowych, królewskich obiadów, tak oto skomentował zamiłowanie monarchy: Faworeczki na obiad, pączki na śniadanie. I my, Czwartkowi, pójdziem Twoim śladem Panie. A swoją drogą zabawną wydaje mi się zbieżność dnia tygodnia związanego z pączkami i faworkami. Czyli stara tradycja tłustego czwartku oraz obyczaj znacznie młodszy cotygodniowych, czwartkowych obiadów u króla.

Kawiarnie, cukiernie, modne smakołyki, to temat dość szeroki, a także zdecydowanie karnawałowy. Korci mnie zatem, aby dorzucić trochę wspomnień z własnego, dość długiego życia. Opisując czasy zamierzchłe musiałem, siłą rzeczy, opierać się na przekazach literackich. Teraz spróbuję skorzystać z własnej pamięci. Zacznę od dwóch największych przebojów warszawskich kawiarni w czasach PRL. Szczególnie zapamiętałem dwa „kultowe desery”, czyli melbę i krem sułtański.

Melba powstała na początku XX wieku. Przepis opracował Auguste Escoffier. Francuski kucharz uważany za geniusza wszech czasów. Swój deser nazwał melbą na cześć ówczesnej, londyńskiej śpiewaczki. Operowej gwiazdy o pseudonimie Nellie Melba. W latach, które pamiętam, był to w gastronomicznych lokalach, tych lepszych, deser uważany za szczyt elegancji i luksusu. Klasyczna melba, to połówki świeżych brzoskwiń z przecierem truskawkowym, albo malinowym i cukrem pudrem. Do tego waniliowe lody. Całość podawano w pucharku, posypane płatkami migdałów. Z dzisiejszej perspektywy, to jakby nic nadzwyczajnego, ale w Warszawie lat pięćdziesiątych, to było...ho, ho, ho! Nawet mimo tego, że brzoskwiń nie podawano świeżych, ale z puszki.

Melba, to kulinarny relikt europejski. Co innego wspomniany przeze mnie krem sułtański. W latach 1960-1970 stały punkt każdej przyzwoitej, warszawskiej kawiarni. Powstał na początku epoki Gierka. To dlatego, że można już było bez problemów kupić kakao i rodzynki, co wcześniej, za Gomułki, było wprawdzie możliwe, ale dość trudne. Ów przysmak składał się z bitej śmietany z dodatkiem kakao, rodzynek i rumu. Dekorowano to pokruszonymi bezami. Znam kilka ówczesnych fabularnych filmów, gdzie bohaterowie, głównie panie, siedząc w kawiarni zamawiają ów sułtański krem. Jeden z tych filmów przypomnę. „Dziewczyny do wzięcia” Janusza Kondratiuka. Jest taka scena, kiedy trzy prowincjonalne panienki przyjechały do Stolicy. Już na dworcu dwaj adoratorzy usiłują je poderwać. Najpierw bezskutecznie, ale później wreszcie udaje im się. W kawiarni. Metodą na krem sułtański. Ten deser mnie osobiście nie nęci, ale film polecam.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}