Od ponad ośmiu laty spoglądam na świat z perspektywy niskiej grzędy. Dziś spróbuję wznieść się znacznie wyżej. Najwyżej jak można w Szczytnie, bo aż na szczyt ratuszowej wieży. Wspominałem w jednym z poprzednich felietonów, że obecne lato spędzam głównie na widokowych poziomach ratusza, gdzie urządziłem sobie coś w rodzaju niewielkiej pracowni.
Jednocześnie pełnię „honory domu” wobec licznych turystów - wielbicieli wspinaczki (po schodach) i popatrzenia z góry na Szczytno. Turyści jak to turyści. Wakacyjnie odprężeni, spragnieni informacji, skorzy do pogawędki. Na ileż to pytań muszę odpowiedzieć! Ile absurdalnych wyobrażeń sprostować! Czasem zdumienie ogarnia mnie z jak niskim poziomem wiedzy (poniżej jakiejkolwiek grzędy) miewam do czynienia. Oczywiście miewam tylko od czasu do czasu. Bywa też i tak, że nie jestem w stanie sprostać oczekiwaniom znakomicie przygotowanym historycznie i geograficznie przyjezdnym, dla których urlop jest okazją do uzupełnienia posiadanych wiadomości. Zatem dzisiaj, ku uciesze moich czytelników, pozwolę sobie przytoczyć niektóre z zabawniejszych, wakacyjnych pogaduszek.
Co do tych turystów, którzy posiadają podstawową wiedzę na temat naszego miasta i regionu, to oczywistym i frapujących ich tematem jest zawsze koszmarny wygląd zabytkowej wieży ciśnień. Na ten temat wciąż muszę wygłosić niemal referat. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Opisałem sprawy poważne. Przejdźmy do gadułek zabawniejszych. Wszyscy od lat słuchamy jak biją nasze ratuszowe dzwony. Uruchamiane są co pół godziny automatycznie. Uderzają w nie elektromagnetyczne młoty. Nietrudno je zauważyć. Są na zewnątrz spiżowych kloszów. Tymczasem pewna starsza małżeńska para, po dokładnym obejrzeniu instalacji, zeszła do mnie na niższy poziom z prośbą, aby zaprowadzić ich na sam dół wieży. A to dlatego, że chcieliby zobaczyć pomieszczenie, w którym dzwonnik ciągnie za liny od dzwonów.
Stałym nieporozumieniem jest szczycieński zamek. Sporo przyjezdnych z całym uznaniem podziwia nasz ratusz jako średniowieczny obiekt. Że mimo setek lat tak świetnie się trzyma. Co więcej, wielu z nich, traktując sienkiewiczowską fikcję jak przekaz historyczny, pyta mnie, w których pomieszczeniach zwiedzanej przez nich wieży ci wstrętni krzyżacy więzili Danuśkę. Zawsze bardzo rozczarowują się słysząc, że ratusz oddano do użytku w roku 1936 (za Hitlera), a jedyną Danuśką więzioną w jego wieży jest nasza Pani Burmistrz, mająca gabinet tam właśnie.
A propos sienkiewiczowskiej fikcji. Postać Juranda ze Spychowa niemal powszechnie uważana jest za autentyczną, podobnie jak miejscowość Spychowo. Moje wyjaśnienia odnośnie faktów zawsze spotykają się z wyraźną niechęcią. Zwłaszcza informacja o tym, że nigdy nie było żadnego Spychowa. Po prostu dawna niemiecka wioska Puppen (po polsku Lalki) nazwana została w roku 1945 Pupy. Kto by tam chciał mieszkać w Pupach? W roku 1960, na wniosek mieszkańców o zmianę nazwy, przemianowano ową wioskę na Spychowo. Od tej pory miejscowi starannie zadbali o sienkiewiczowską legendę. Jestem naprawdę pełen szacunku dla ich różnorakich działań podtrzymujących piękną, sienkiewiczowską fikcję. Nic to, że nieprawda. Ale jakże piękna i polska. Tutaj nasuwa mi się porównanie z londyńską legendą detektywa Sherlocka Holmesa. Nigdy nie istniał naprawdę, a jednak przy ulicy Baker Street 221 b można obejrzeć mieszkanie owej fikcyjnej postaci. Dokładnie odtworzone według opisu autora jego przygód. Byłem, widziałem i prawie uwierzyłem w autentyczność słynnego łowcy przestępców.
Jeszcze jedna informacja odnośnie postaci Juranda ze Spychowa. Miejscowość leżącą około 30 km od Szczytna nazwano, aby nawiązać do powieści „Krzyżacy”, Spychowo. Tymczasem przeczytałem w jakimś opracowaniu, że Sienkiewicz wymienia nazwę posiadłości Juranda jako Spychów. Nie sprawdzałem, bo musiałbym przewertować całą książkę. Podaję taką ciekawostkę na zakończenie.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
