Dla właścicieli punktów gastronomicznych nadeszły trudne czasy. Po wiosennym lockdownie, ich biznesy znów od blisko miesiąca są pozamykane z powodu pandemii koronawirusa. – Na razie nie mamy znikąd pomocy, a jedziemy już na oparach – skarży się Grażyna Albrecht, właścicielka restauracji „Zacisze”.
DECYZJA JAK GROM Z JASNEGO NIEBA
Branża gastronomiczna jest obecnie jedną z najbardziej dotkniętych skutkami pandemii koronawirusa. Pierwsze zamknięcie swoich biznesów przedsiębiorcy odczuli już wiosną, kiedy to rząd wprowadził całkowity lockdown. Potem, przez kilka letnich miesięcy nadrabiali poniesione straty. Pod koniec października rząd ponownie zamroził ich działalność. Na dodatek decyzja ta została ogłoszona dopiero na dzień przed zamknięciem, w piątek 23 października. Dla właścicieli restauracji czy barów był to bolesny cios, bo poczynili już zakupy przed zaplanowanymi na weekend imprezami. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Restauracje i bary mogą prowadzić tylko sprzedaż posiłków na wynos. Zyski z tego są jednak niewielkie. – Dziennie udaje się nam zarobić 200 – 250 złotych. Wystarcza to tylko na zakupy produktów na następny dzień – przyznaje właścicielka „Zacisza”. Dla restauratorów najgorsza jest niepewność, bo nie wiedzą, kiedy znów będą mogli otworzyć swoje biznesy. – Podejrzewam, że przynajmniej do świąt tak się nie stanie – przypuszcza pani Grażyna. Przyznaje, że bardzo liczy na wsparcie państwa, a im dłużej ona nie nadchodzi, tym sytuacja robi się coraz trudniejsza. – Na razie nie mamy znikąd pomocy, a jedziemy już na oparach – alarmuje pani Grażyna. Nie czeka jednak z założonymi rękami. Podjęła już starania o uzyskanie grantu od marszałka województwa, choć nie będzie to proste, bo kolejka podmiotów chętnych na nie jest bardzo długa. Wsparcie restauratorom starają się okazywać niektórzy mieszkańcy. – Są tacy, którzy raz, dwa razy w tygodniu zamawiają u nas obiady, choć normalnie tego nie robili. Mówią, że w ten sposób chcą nas wspomóc – mówi restauratorka.
NIE CHCEMY JUŻ KREDYTÓW
Na dowozy posiłków przestawiła się całkowicie restauracja „Niebieski zaułek”. – Oczywiście nie jest to i nie będzie to samo, co przychody z normalnie działającego lokalu – mówi Piotr Król, prezes zarządu „Mazury – Sasek” Spółka z o.o. która prowadzi restaurację i ośrodek wypoczynkowy w Kobyłosze. – Radzimy sobie tak, że staramy się być kreatywni i wprowadzamy do naszej oferty coraz to nowe produkty – dodaje. Mimo to spodziewa się, że spadek obrotów, w porównaniu do poprzedniego roku, wyniesie ok. 30%. Pewnie byłoby gorzej, gdyby nie udany sezon wakacyjny. – Tegoroczne lato (lipiec i sierpień) było dużo lepsze niż poprzednie. Doszło do tego, że nie byliśmy w stanie przerobić wszystkich zamówień w naszych restauracjach – mówi pan Piotr. Spółkę ratowały także wpływy z ośrodka wypoczynkowego. – Mieliśmy tam prawie 100% obłożenie od czerwca do końca sierpnia – informuje nasz rozmówca.
Jakiej pomocy spodziewa się od państwa? – Oczekujemy wsparcia bezzwrotnego, a nie żadnych kredytów, które prędzej czy później trzeba będzie spłacać – odpowiada prezes. W pierwszej kolejności liczy na umorzenie składek na ZUS. Jak się nas zamyka, to powinniśmy płacić mniejsze podatki, albo niech nam państwo zrekompensuje stratę, bo nie powstała ona z naszej winy – podkreśla biznesmen. Przypuszcza, że zamknięcie gastronomii potrwa do końca roku. – Dla nas to dramat. Tym bardziej, że o tej porze roku żyliśmy głównie ze studentów i kursantów WSPol, którzy przychodzili wieczorami, a teraz nie mogą opuszczać koszar.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
