Unikam tematów politycznych, choć nie zawsze jest to możliwe, bowiem polityka to gigantyczny, globalny spektakl, który hałaśliwie otacza nas ze wszech stron. Nie pozwalają nam o nim zapomnieć środki masowego przekazu z telewizją na czele. Zatem i ja, ogłuszony nieustającą polityczną nowomową (już kolejną, bowiem mowa każdej opcji jest odmienna), zacząłem zastanawiać się nad lansowanym przez dzisiejszą polską ekipę rządzącą określeniem „polityka historyczna”.

Historia i polityka
Rok 1920. Generał Lucjan Żeligowski w Wilnie. Napisał o tym pracę magisterską Bronisław Komorowski

To pojęcie nieustannie pojawia się w mediach, a także internetowych dyskusjach. Jedni otaczają je czcią nabożną, inni wprost przeciwnie. Historia nie jest moją mocną stroną. Mając za sąsiada, na stronie „Kurka Mazurskiego”, świetnego historyka Witolda Olbrysia, powinienem potulnie milczeć i nie kompromitować się niewiedzą. Jednak coś mnie korci, aby temat historyczno - polityczny rozwinąć. Tyle że postaram się nie mędrkować naukowo, a raczej podejść do niego w miarę żartobliwie.

Zauważyłem, że w polskiej polityce ostatnich lat dominują absolwenci wydziałów historii najprzeróżniejszych uniwersyteckich uczelni. Nie piszę rozprawy naukowej, zatem wymienię z pamięci tych, o których wiem na pewno, że są z wykształcenia historykami, nie przejmując się, że prawdopodobnie niektóre znaczące politycznie persony pominę. A zatem wyliczam jak leci, z głowy, bez podziału na polityczną opcję: Mateusz Morawiecki, Antoni Macierewicz, Bogdan Borusewicz, Bronisław Komorowski, Donald Tusk, Mariusz Błaszczak, a także były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz (skądinąd wnuk pisarza noblisty). Zapewne, co najmniej kilka osób pominąłem. Zaciekawiła mnie postać premiera Morawieckiego. Mówi się o nim, że jest z wykształcenia historykiem (Uniwersytet Wrocławski), ale pan premier studiował także Wrocławską Akademię Ekonomiczną oraz podobne kierunki na uczelniach w Hamburgu i Bazylei. Z tego powodu kojarzy mi się on z innym historycznym premierem Władysławem Grabskim. Tenże premierował w latach 1923-1925. Był autorem polskiej reformy walutowej, która doprowadziła do ustabilizowania naszej gospodarki w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. Przeprowadzono wówczas wymianę marek polskich na złote, które aż do roku 1939 były walutą w pełni wymienialną. Władysław Grabski ukończył historię na paryskiej Sorbonie. Ale tamże studiował także ekonomię. Czyli jakoś tak podobnie do aktualnego premiera. To może i pan Morawiecki jeszcze kiedyś zabłyśnie?

Wracając do głównego wątku. Jestem przekonany, że owa tendencja, nazywana polityką historyczną, w jakiejś mierze wynika z nadmiaru historyków pośród „grupy trzymającej władzę”.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Chociaż, z drugiej strony, motorem propagowania owej idei jest prosty poseł, z wykształcenia prawnik. Z tego wszystkiego zaciekawiło mnie, które to tematy z przeszłości mogły interesować wymienionych przeze mnie historyków - polityków i spróbowałem sprawdzić, na jaki temat pisali swoje magisterskie prace dyplomowe. To dość ciekawy materiał. Z braku miejsca podam tylko kilka przykładów. Bronisław Komorowski napisał pracę o buncie generała Lucjana Żeligowskiego. Przypominam, że generał, udając niesubordynację wobec Józefa Piłsudskiego, zajął Wilno i przyłączył do Polski proklamowaną przez siebie Litwę Środkową. Praca Donalda Tuska, z tej samej politycznej opcji, co Komorowski, dotyczyła legendy Józefa Piłsudskiego. Czyli także opisywała czasy reaktywacji Państwa Polskiego. Natomiast aktualny premier, pan Morawiecki, otrzymał dyplom magistra historii po obronie pracy „Geneza i pierwsze lata SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ”. Czyli za tekst o własnym ojcu. Skoro jesteśmy przy tej akurat, czyli pisowskiej opcji politycznej, to zaskoczył mnie, choć nie do końca, temat magisterskiej pracy Antoniego Macierewicza. Brzmi on, w wersji tytułu nieco skróconej: „O hierarchii władzy w Tawantinsuyu, w pierwszej połowie XVI wieku”. Tawantinsuyu, to historyczne państwo Inków, na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej.

Czy można z tego wszystkiego wyciągnąć jakiekolwiek wnioski? Zostawiam to moim czytelnikom. Na zakończenie pewien cytat. Raczej wredny. Radziecki przywódca, niejaki Nikita Chruszczow, w przemówieniu do zachodnich dyplomatów, w Moskwie, w roku 1955 powiedział: „Czy wam się to podoba, czy nie, historia jest po naszej stronie. Pogrzebiemy was”. Wygląda na to, że nie miał racji, mimo że powołał się na historię.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}