W zasadzie, to chodzi mi o piosenkę polską. Szczególnie z czasów tużpowojennych, czyli z lat pięćdziesiątych oraz początku sześćdziesiątych.

Ciekawym dla mnie zjawiskiem jest to, że zacni moi rodacy, pochodzący z tak zwanej inteligencji, posiadają stosunkowo dość dużą wiedzę o piosenkach przedwojennych. Prawie każdy zna nazwisko Hanki Ordonównej („Miłość ci wszystko wybaczy”), Eugeniusza Bodo („Seksapil, to nasza broń kobieca”), czy Aleksandra Żabczyńskiego („Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal”). Natomiast niewielu z nich pamięta takie nazwiska jak Julian Sztatler, Zbigniew Kancler, Natasza Zylska, czy Janusz Gniatkowski, albo Zbigniew Kurtycz. No, może poza rozpoznawalnością Marii Koterbskiej, nestorki tamtych lat, zmarłej zaledwie przed rokiem. W wieku lat 97 („Karuzela, Karuzela”, „Augustowskie noce”). Tymczasem wszyscy ci wymienieni estradowcy, to wspaniali twórcy wczesnych lat powojennych. Prawdziwa śmietanka końca lat pięćdziesiątych. Tacy, którzy w jakiś tam sposób potrafili, choćby trochę, przeciwstawić się komunistycznej doktrynie i dostarczyć nam, radiosłuchaczom, nieobciążonej politycznie, wesołej rozrywki. Jak to było możliwe, zwłaszcza w czasach stalinowskich, o tym za chwilę. Najpierw kilka historycznych słów na temat skąd w ogóle wzięła się piosenka, jako taka.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

W czasach zamierzchłych śpiew, czy też raczej melodeklamacje, były ściśle związane z ceremoniami religijnymi. Aż tu nagle, w okresie średniowiecza, pojawili się we Francji trubadurzy. Około roku 1080. Byli to poeci, a jednocześnie wykonawcy utworów o charakterze świeckim. Występowali na dworach wielmożów, ale także przemieszczali się z miasta do miasta. Dzisiaj nie są to postacie anonimowe. Znamy z imienia 460 historycznych trubadurów, a także aż 2600 ich poetyckich utworów. Gorzej z muzyką, bo odnaleziono jedynie około dziesięć oryginalnych kompozycji muzycznych. Czyli wciąż dominowały poetyckie melodeklamacje. Taka artystyczna działalność wkrótce rozprzestrzeniła się w całej Europie. Wędrownych śpiewaków nazywano minstrelami. W Polsce przyjęto nazwę rybałci, a w Niemczech minnesingerzy.

Wracamy do Polski. Rok 1951. Niewiele ponad pięć lat po wojnie. Stalin żyje. A co się śpiewa w naszej ojczyźnie? Koszmarne socrealistyczne pieśni w rodzaju „Do roboty, do roboty” albo „Budujemy nowy dom”. Poza tym nieco lżejsze walczyki, ale także budowlane, jak „O Nowej to Hucie piosenka”, czy też „Na lewo most, na prawo most”. I oto, w tymże roku, Chór Czejanda nagle nagrywa piosenkę „Marynika”. Dość głupawą, ale zabawną i w skocznym rytmie. Jakim cudem? Ano zawiadomiono partyjne władze, że jest to ludowy przebój rumuńskiego narodu, a tenże należał wszak do komunistycznej wspólnoty. I oto nagle cała Polska (dosłownie) śpiewała tylko „Marynikę”. O leniwej panience, co to: a ona śpi i śpi, choć błagaj ją i proś... Polski tekst napisali słynni Zdzisław Gozdawa i Wacław Stępień. Za ciosem poszedł Julian Sztatler, znakomity piosenkarz tamtych lat, skutecznie unikający socjalistycznych odniesień w sztuce. Tenże nagrał piosenkę „Wio, koniku” i po „Marynice” mieliśmy kolejny, zabawny przebój, który królował w Polsce przez wiele miesięcy. A skąd ten pomysł? Otóż tym razem zareklamowano władcom peerelowskiej Polski piękną piosenkę ludową bratniego narodu, to jest Węgrów. O wyższości auta nad zaprzęgiem konnym. Czyli nowoczesność. Genialny Jerzy Jurandot napisał polski tekst i oto nasz naród oszalał na punkcie owej spokojnej piosneczki: powoli człapał konik skrajem szosy.... W tym samym, stalinowskim roku Zbigniew Kurtycz nagrał piosenkę „Cicha woda brzegi rwie”. Ciekawostką jest to, że autorem muzyki i tekstu był sam Kurtycz, ale ogólnie rozpowszechniono, że tekst oparty został o stare, rosyjskie przysłowie i to wystarczyło, aby komunistyczne władze radiowe (telewizji jeszcze nie było) przekazały wesołą piosenkę w eter. A co do Zbigniewa Kurtycza. Był on synem znakomitego, przedwojennego muzyka. Całą wojnę przeżył z armią Andersa. Tamże śpiewał. Po zakończeniu wojny osiadł w Warszawie. Muzycznie był nieprawdopodobnie „otrzaskany” z muzyką amerykańską. Toteż w roku 1957 nagrał pierwszy, dotychczas źle widziany w Polsce, rock&roll. To było tak: W Arizonie, w Barcelonie, w Yokohamie, w Amsterdamie, wszędzie dźwięczy dziś rock, rock, rock and roll. Warto dodać, że nieco później Maria Koterbska zaśpiewała piosenkę „Do grającej szafy grosik wrzuć, jeden malusieńki grosz...” To było w rytmie boogie-woogie, będącym pierwowzorem rock&rolla. No a później, po śmierci Stalina, pomalutku „wymierały” budowlane, socrealistyczne piosenki. Początkowo ostrożnie, bo aktualna władza, czyli ekipa Władysława Gomułki nie była entuzjastycznie nastawiona do zachodnich wzorów kultury. Jednak udawało się przemycić taki, czy inny utwór zza żelaznej kurtyny. Najczęściej pod pretekstem, że kolejna piosenka, to polityczne wołanie narodów trzeciego świata o wsparcie. Przypominam sobie, na przykład, rytmiczną beguinę, południowoamerykańską, która zaczynała się od słów (fonetycznie): „bambu, kalambu, bambu est...” Cholera wie, co to za piosenka, ale polecana przez towarzyszy partyjnych. Nagrano ją, aczkolwiek cwany i dowcipny tłumacz przetłumaczył początek tak: Bambu, kalambu bambu est, czy wiesz, co to jest, bo ja nie. Takie to były czasy. Nawet pośród przaśnego, komunistycznego matołectwa, inteligentni luminarze kultury jakoś sobie radzili.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}