Idą święta

Święta tuż, tuż. Mamy nieomal połowę czwartego miesiąca, czyli jak mówi przysłowie kwietnia-pletnia, co przeplata, trochę zimy, trochę lata. Tylko - w związku z panującą nam dotychczas aurą, budzi się pytanie - gdzie jest ta odrobina lata? Bo z zimą to zgoda - mamy jej aż nadto. Kiedy piszę ten tekst, w piątek 11 kwietnia, ciągle pada śnieg zmieszany z deszczem, no i jest zimno oraz mokro, czyli ogólnie wstrętnie, brr!

Kwiatuszki (krokusy) nie mogą przebić się spod śniegu, zmarznięte nie rozwijają kielichów - fot. 1, więc i nijakich oznak wiosny w świecie przyrody nie widać.

Co prawda przyleciały już do nas z ciepłych krajów bociany, a także żurawie, co wskazywałoby na nadejście nowej pory roku, ale jak, skoro żurawie "pasą" się na pokrytych śniegiem polach, skubiąc coś pomiędzy zmarzłymi grudami ziemi, zaś bociany usiłując wypatrzeć z wysokości swoich gniazd żaby i inne przysmaki, widzą tylko roztaczającą się dookoła biel - fot. 2.

To w terenie, a co spostrzec można w mieście?

Parkujące pod ratuszem samochody przykrywa biała pierzynka, zaś na chodnikach leżą pryzmy odgarniętego śniegu - widok zaiste nie kwietniowy, jakby sugerowała nazwa (że niby wszystko kwitnie), a styczniowy lub lutowy - fot. 3.

O tym, że zbliżają się wiosenne święta przypominają jedynie dekoracje sklepowych wystaw... a także niecodzienny wystrój niektórych balkonów w mieście. Oto na jednym z bloków stojących przy ul. Warszawskiej zauważyłem balkonowe gąski, albo kaczęta - fot. 4, którym patronuje przywódczyni stada, zawieszona (polatująca) pod sufitem. Tuż obok na ścianie sąsiedniego budynku szykuje się do szarży... dzik - fot. 5.

Czyli jak z tą wiosną, przyjdzie ona w końcu do Szczytna, czy nie? Chyba tak, bo meteorolodzy zapowiadają na niedzielę i poniedziałek (13, 14 IV), kiedy "Kurek" będzie już w druku, nieomal letnie upały, tj. + 15oC i więcej. Cóż, Czytelnik trzymając ten numer gazety w ręku, doświadczy tego osobiście, mnie kiedy to pisałem, pozostawała jedynie nadzieja.

WIDMO ATAKU

Ostatnio, co ma związek z wojną w Iraku, do szczycieńskich zakładów pracy prosto z "najwyższego szczebla" trafił specjalny dokument - "Załącznik nr 2 do Zakładowej instrukcji postępowania w przypadku zagrożenia atakiem bioterrorystycznym". W ratuszu pracownicy zapoznawali się z jego treścią i podpisywali specjalne oświadczenia na tę okoliczność, bo tego wymagali od nich przełożeni. Cóż zatem tak ważnego zawierał rzeczony dokument, złożony z trzech stron formatu A-3? Ano, zagłębmy się w treść opatrzoną tytułem wyjaśniającym wiele:

"Formularz rozmowy z osoba zgłaszającą podłożenie ładunku bioterrorystycznego".

Ho, ho zawiało niemała grozą i skóra na karku cierpnie!

Ale cóż, takie to nastały nam czasy, iż z atakami terrorystycznymi liczyć się musimy i lepiej dmuchać na zimne, aby się później nie sparzyć. Wydaje się zatem, iż warto dokument przestudiować, aby w razie czego wiedzieć co i jak należy czynić.

Przyjmijmy bowiem hipotetyczną sytuację, że do jednego ze szczycieńskich zakładów pracy dzwoni terrorysta informując o podłożeniu ładunku. Wówczas zgodnie z instrukcją-formularzem, należy chwycić za długopis, by w każdej chwili być gotowym na wpisanie w odpowiednie rubryki informacji, jakie uzyskamy od terrorysty. Będą to odpowiedzi na zadane przez nas pytania, a wymienione w dokumencie, m.in. takie: kiedy ładunek zaczął lub zacznie działać? Co zawiera? Jak wygląda i w którym miejscu jest podłożony?

Nie trzeba być specem od mentalności i zachowań terrorystów, aby wątpić, że udzielą oni odpowiedzi na takie pytania. Wszak zdradzając miejsce podłożenia i wygląd ładunku skazywaliby swoje zbrodnicze poczynania na fiasko. Z pewnością nie uzyskamy odpowiedzi na pytanie - skąd pan/pani telefonuje, czy zapytanie o nazwisko i adres lub czy pan/pani jest konstruktorem ładunku.

Sprawy niby poważne - zamach bioterrorystyczny, a tu w dokumencie niepoważne zgoła treści.

Pytań standardowych formularz zawiera 12, a pod nimi dopisek - inne pytania uzależnione od konkretnej sytuacji - tyle że jakichkolwiek przykładów brak.

Gdy uporamy się już z tą częścią formularza (a cenny czas ucieka - bomba cyka), czekają na nas następne strony, gdzie należy wpisać swoje personalia i czas przyjęcia informacji.

Nadto należy podać płeć rozmówcy. Do wyboru mamy trzy pozycje: mężczyzna, kobieta, dziecko, co znaczy, że należy wyróżniać trzy, a nie jak sądziłem dotąd tylko dwie płci. Potem czeka na wypełnienie szereg innych rubryk określających m.in. ton i tembr głosu, akcent i charakterystyczne cechy wymowy, dźwięki tła (fabryki, dworce, ulice itp.), zachowanie zgłaszającego (spokojne, rozgniewane, itp.), wreszcie należy podać wiek bioterrorysty, ale jak to ustalić na podstawie telefonicznej rozmowy?

Pierwsza strona tego trzykartkowego dokumentu przedstawiona jest na fot. 6.

Czy dokument tak skonstruowany i pieczołowicie wypełniany zgodnie z zamysłem autorów, przyczyni się choćby w minimalnym stopniu do wykrycia sprawcy czy zapobieżenia zamachowi terrorystycznemu? Dobrze by było, ale ja osobiście mocno w to wątpię. Rzecz bowiem zamiast zwiększyć nasze bezpieczeństwo, zwiększy, tak sądzę, przebogate zbiory wytworów ludzkiej głupoty.

2003.04.16