Formuła święta grodu spotyka się z coraz ostrzejszą krytyką. Impreza, która jeszcze kilkanaście lat temu dość dobrze służyła promocji miasta, dziś niebezpiecznie zbliża nas do setek podobnych prowincjonalnych festynów. O ocenę Dni i Nocy poprosiliśmy kilka osób związanych z lokalną kulturą.

ROBERT WASILEWSKI – muzyk zespołu Transkapela, prezes Stowarzyszenia „Anima”

Impreza bez duszy

Jeśli chodzi o Dni i Noce, to nie biorę w nich udziału, przyglądam się im jedynie jako przypadkowy obserwator. Nie jestem zwolennikiem tego typu manifestacji tłumnych emocji. Wydaje mi się, że nie ma tam oferty dla miłośnika bardziej stonowanego kontaktu ze sztuką, a zwłaszcza muzyką. Oprócz popu przydałoby się tam jeszcze coś innego, np. jazz, który przecież był w Szczytnie obecny. Moim zdaniem Dni i Noce są na pewno dobrym pomysłem na integrację piwno-kiełbasianą. Natomiast poza integracją, nie mają innych zalet. Przede wszystkim nie promują miasta we właściwy sposób. Według mnie zamiast promować i tak już znanych w Polsce wykonawców, takich jak choćby Maleńczuk, powinniśmy pokazywać rodzimych artystów, ciekawych ludzi, których przecież u nas nie brakuje. Pamiętajmy, że nie na wszystkim trzeba robić pieniądze, ale ważne też, by trzymać fason.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

JERZY KLENCZON – brat stryjeczny Krzysztofa Klenczona, muzyk

Nie we wszystkich imprezach tegorocznych Dni i Nocy brałem udział. W sobotę wysłuchałem koncertu Żuków, UK Legends i Maleńczuka, dzień wcześniej spotkałem się z Tadeuszem Machelą. Przeglądałem później opinie internautów na temat imprezy, które, delikatnie mówiąc, są sceptyczne. Przychylam się do nich – Dni i Noce nie mają już tamtej atmosfery sprzed lat, kiedy występy odbywały się na dziedzińcu. Wciąż doskonale pamiętam pierwszy koncert poświęcony pamięci Krzysztofa. Bardzo intensywnie się do niego przygotowywaliśmy. M.in. z ówczesnym dyrektorem MDK-u Tadeuszem Grzeszczykiem jeździliśmy do Bydgoszczy, żeby ściągnąć Żuki. Myślę, że i dziś jest grupa ludzi, którzy interesują się muzyką lat 60. i 70. Często do mnie dzwonią i pytają, co się stało z Dniami i Nocami. Są zawiedzeni ich obecnym kształtem. Oni po prostu tęsknią za tamtą atmosferą. Sądzę, że nie wolno przekreślać całej tej imprezy, ale należałoby się zastanowić nad jej formułą. Uważam, że powinny to być jednak zamknięte koncerty, nie na pl. Juranda, gdzie brakuje specyficznego klimatu.

JAROSŁAW CHOJNACKI – pieśniarz

W czasie tegorocznych Dni i Nocy byłem tylko na warsztatach tanga. Szkoda, że nie zgromadziły one większej grupy ludzi, bo na pewno były tego warte. Według mnie Dni i Noce nie są dla mieszkańców, tylko turystów. To impreza masowa dla tych, którzy nie potrzebują wyższej kultury. Uważam, że szansa na stworzenie w Szczytnie czegoś oryginalnego została zaprzepaszczona wraz z niewykorzystaniem wizerunku Krzysztofa Klenczona do promocji miasta. Należało to zadanie zlecić profesjonalistom, a nie przypadkowym osobom. Klenczon mógłby być dla nas tym, kim Elvis Presley dla Memphis. Na to jednak trzeba by wielu lat pracy. Jestem za tym, żeby zamiast ogólnej formuły święta grodu stworzyć coś oryginalnego, charakterystycznego tylko dla nas. Marzy mi się, żeby Szczytno nie było kojarzone wyłącznie z WSPol, ale np. jakimś fajnym festiwalem. Są przecież mniejsze miejscowości, gdzie organizowane są imprezy na wysokim poziomie. Może jednak nie jest to uzależnione jedynie od pieniędzy, tylko od ludzi, którzy je organizują?

ROMAN MACIEJEWSKI – VARGA – poeta, dziennikarz

Na czas Dni i Nocy uciekłem od smrodu frytek i piwa do Olecka, mojego rodzinnego miasta, gdzie odbywał się Przystanek Olecko. To dużo ciekawsza, lepsza od szczycieńskiej impreza. Przede wszystkim pełna różnorodności. Warto, aby organizatorzy Dni i Nocy wzięli z niej przykład. W ciągu kilku dni uczestnicy mogli zobaczyć m.in. wystawę malarstwa, pokaz filmów, występ orkiestry smyczkowej, obejrzeć wspaniały spektakl plenerowy „Noc Walpurgii”, zachwycać się pokazami teatru ognia. Dla bardziej masowej publiczności były koncerty – Janusza Panasewicza i jego Złotej Szesnastki z programu „Bitwa na głosy” oraz Sidneya Polaka. Jeśli chodzi o moje uczestnictwo w Dniach i Nocach, to miałem ich przedsmak tylko w piątek, kiedy z powodu zamknięcia głównych ulic przez 40 minut przebijałem się przez miasto do bankomatu. Nie wiem po co i dla kogo jest ta impreza. Najwyższy czas na zmianę jej kształtu. Uważam, że organizatorzy powinni w tym celu powołać coś w rodzaju rady społecznej złożonej z ludzi kultury i zastanowić się nad formułą imprezy. Moim zdaniem nie powinna być ona za tzw. darmochę. Gdyby wstęp kosztował nawet 2 – 5 zł, ludzie inaczej by traktowali udział w koncertach, z większym szacunkiem.

{/akeebasubs}