Te robale w końcu zjedzą mnie żywcem – skarży się Wiesław Stachula, właściciel jednego z mieszkań w dawnym hotelu „Unimy”. Choć ciągle walczy z uciążliwymi insektami, to efekty są mizerne. Mieszkaniec ma żal do administrującego blokiem TBS-u, że lekceważy problem.

Inwazja robali
Wiesław Stachula nie nacieszył się kupionym niedawno mieszkaniem na ul. Dąbrowskiego. Nawet krótkie przebywanie w nim kończy się pogryzieniem przez pluskwy

NIEPROSZENI LOKATORZY

Wiesław Stachula rok temu kupił mieszkanie w bloku przy ul. Dąbrowskiego 4. Dawniej budynek ten służył jako hotel pracownikom nieistniejącej dziś „Unimy”. Obecnie część znajdujących się w nim lokali została wykupiona, inne pozostają w zasobach komunalnych. Pan Wiesław nie nacieszył się długo z dokonanej transakcji. Szybko bowiem okazało się, że w jego mieszkaniu zadomowili się nieproszeni lokatorzy w postaci pluskiew i karaluchów. - Są wszędzie, w całym bloku, chodzą po korytarzu. Tam się nie da żyć – załamuje ręce pan Wiesław.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Sam próbuje walczyć z uciążliwymi insektami, ale nie daje to pożądanych efektów. - Miesięcznie wydaję około 100 zł na pryskanie, ale jak tylko zbiorę zdechłe osobniki, to zaraz pojawiają się nowe – mówi. Z tego powodu nie może zamieszkać w lokalu. - Kiedyś po dwóch nocach tam spędzonych byłem cały pogryziony. Te robale w końcu zjedzą mnie żywcem – żali się mężczyzna. Mieszkanie stoi więc puste, bo nie ma też chętnych, aby je wynająć . - A czynsz muszę i tak płacić – zauważa pan Wiesław. Ostatnio przez około pół godziny spryskiwał po raz kolejny pomieszczenia, aby wytępić robactwo. Wyszedł cały pogryziony. Nasz rozmówca ma żal do administrującego budynkiem TBS-u. - Zgłaszałem im problem, ale nie reagują. Słyszałem tylko zapewniania, że coś z tym zrobią i poruszą sprawę na zebraniu – mówi właściciel mieszkania. Dodaje, że inni lokatorzy też narzekają na robactwo. - Sąsiadka skarżyła mi się, że ciągnie się to od ośmiu lat. Stwierdziła, że ma już tego dość i się wyprowadza – relacjonuje pan Wiesław.

NIE MOGĄ DOTRZEĆ DO WSZYSTKICH

Dyrektor administrującego blokiem TBS „Jurand” Alfred Kryczało potwierdza, że problem z karaluchami jest, ale pojawia się okresowo. Zapewnia, że kilka razy przeprowadzano tam akcje mające na celu wytępienie szkodników, lecz nie zawsze przynosiły one pożądany skutek. - To dlatego, że jest tam ponad 90 mieszkań o małej powierzchni. Aby taka akcja była skuteczna, trzeba dotrzeć do wszystkich pomieszczeń, a przy takim rozdrobnieniu to niemożliwe – tłumaczy Alfred Kryczało. Do wielu lokali nie ma dostępu, bo są np. wynajmowane. Niektóre stoją puste i właśnie one stanowią największy rozsadnik karaluchów. Tymczasem koszty kompleksowego pozbycia się insektów są niemałe, bo sięgają nawet kilku tysięcy złotych. - Dlatego właściciele parę lat temu zdecydowali, że trzeba zmobilizować wszystkich najemców, aby tępili szkodniki we własnym zakresie, w obrębie swoich mieszkań – mówi dyrektor. Dodaje, że temat wraca na każdym corocznym zebraniu i stanowisko posiadaczy lokali pozostaje bez zmian. Alfred Kryczało zastrzega jednak, że jeśli zdecydowaliby się na przeprowadzenie kompleksowej akcji w całym budynku, to administrator przychyliłby się do ich woli.

Te tłumaczenia nie przekonują pana Wiesława. Jego zdaniem tych najemców lub właścicieli, którzy nie udostępniają swoich lokali do przeprowadzenia akcji, należałoby do tego zmusić na drodze prawnej. - Administrator powinien iść do sądu i uzyskać zgodę, bo tak dalej być nie może – mówi, dodając, że niszczenie insektów tylko w niektórych mieszkaniach mija się z celem, bo i tak pojawią się znów, przechodząc z pustych czy zaniedbanych lokali.

(ew){/akeebasubs}