Przy okazji porządkowania domowej biblioteki - z uwagi na brak miejsca na regałach część książek należało zapakować w pudła - przejrzałem sporą kolekcję biografii wielkich, polskich artystów. Pośród podziwianych przeze mnie luminarzy wszelkich dziedzin sztuki za szczególny talent uważam aktorkę Irenę Kwiatkowską.
Była to dla mnie artystka absolutnie numer jeden powojennej sztuki aktorskiej, choć występowała głównie na estradzie i w kabarecie. Nieczęsto w filmie, a jeszcze rzadziej na scenicznych deskach. Filmowych ról stworzyła bodajże 19. Nie jest to wiele. Każde jednak pojawienie się na ekranie Ireny Kwiatkowskiej oznaczało zetknięcie się ze sztuką filmową najwyższej klasy. Podobnie z teatrem. Mimo braku czasu z uwagi na nieprawdopodobne zaangażowanie w działalność kabaretową na estradzie, w telewizji i radio, potrafiła przygotować niezapomniane kreacje w najlepszych warszawskich spektaklach teatralnych. Wspomnę tylko jej role z lat siedemdziesiątych: szambelanową w „Panu Jowialskim” Fredry, czy Aurelii w „Wariatce z Chaillot” Jeana Girardoux.
Irena Kwiatkowska urodziła się w roku 1912. Studia aktorskie ukończyła w roku 1935. Jeszcze przed wojną zagrała kilka dramatycznych i komediowych teatralnych ról. Zmarła w roku 2011, czyli dokładnie pięć lat temu. Zatem z okazji smutnej rocznicy poświęcę dzisiejszy felieton tej wielkiej artystce. Przeżyła prawie sto lat. Do równej setki zabrakło jej około półtora roku. Podobnie jak innej wielkiej scenicznej postaci, aktorowi Ludwikowi Solskiemu, któremu do setnych urodzin zabrakło jedynie miesiąca. Gdy zmarł Ludwik Solski (1954), Irena Kwiatkowska miała lat 42. Przy okazji, skoro wspomniałem słynnego, starego aktora, kilka słów na jego temat. Lubię anegdoty, zatem przytoczę jedno z garderobianych wspomnień jego dużo młodszych kolegów. To wspomnienie miałem okazję usłyszeć wiele lat po śmierci mistrza. Otóż maestro Solski, tak jakby z szacunku dla własnego nazwiska, był wielkim adoratorem kuchennej soli. Uważał, że jedynie regularne spożywanie słonych potraw zapewnia właściwe brzmienie głosu artyście teatru. Toteż przed każdym spektaklem jego garderobiany miał obowiązek przygotowania dla mistrza porcyjki solonego śledzia. Artysta spożywał go przed wejściem na sceną. No i proszę, dożył prawie setki, choć dzisiejsi lekarze uważają sól za substancję zabójczą.
Wróćmy do Ireny Kwiatkowskiej. Nigdy jej nie poznałem, aczkolwiek jeden jedyny raz spotkaliśmy się. Nie miało to nic wspólnego z jej zawodem. Może troszkę z moim. Wiem, że już o tym spotkaniu pisałem, ale było to kilka lat temu, poza tym nie sądzę, abym był szczególnie regularnie czytanym felietonistą. Zatem powtórzę raz jeszcze interesującą anegdotkę.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W Warszawie, na ulicy Chmielnej, funkcjonował, od lat tużpowojennych, malutki, prywatny sklepik-warsztacik „naprawa wiecznych piór”. Tylko tam, w latach sześćdziesiątych, my studenci architektury mogliśmy zaopatrzyć się w zachodni sprzęt kreślarski (oczywiście za ciężkie pieniądze). Tusz i techniczne przybory produkowane wówczas przez „demoludy” (głównie NRD) to była potworna tandeta. Nie mieliśmy alternatywy. Bywałem zatem dość często w wymienionym sklepiku. Pewnego dnia zastałem tam panią Irenę Kwiatkowską. Jako klientkę. Przyniosła torebkę zużytych długopisów do nabicia (!). Jakieś dziesięć lat wcześniej, kiedy długopisy były nowością techniczną i to dość kosztowną istniały punkty, gdzie zużyte wkłady napełniało się specjalnym tuszem. Ale to było już dawno temu. Tego dnia, kiedy spotkałem panią Kwiatkowską sytuacja na rynku długopisów była dokładnie taka jak dzisiaj. I co się okazało? Pani Irena, osoba bardzo oszczędna, nie mogła pogodzić się z takim marnotrawstwem i wciąż przynosiła zużyte wkłady długopisowe do punktu na Chmielnej. A właściciel od prawie dziesięciu lat, tylko dla niej, trzymał w swoim warsztacie starą maszynę do nabijania wkładów i specjalny tusz. Z szacunku dla sztuki. Znał przecież panią Kwiatkowską z estrady i telewizji i nie potrafiłby odmówić jej takiej drobnej przysługi.
Tyle anegdotka. Wróćmy do sztuki. Co do mnie kochałem panią Kwiatkowską od maleńkości. W radio czytała, w moich dziecinnych latach, słynny „Plastusiowy pamiętnik”. Wszystkie dzieciaki słuchały tej audycji. Telewizji jeszcze wówczas w Polsce nie było. A słuchaliśmy także innych słuchowisk. To w jaki sposób pani Kwiatkowska recytowała tuwimowski wierszyk „Ptasie radio” było najprawdziwszym mistrzostwem. Nikt dotąd nie potrafi tego powtórzyć. No i jeszcze jedno wspomnienie. Pani Irena zaczynała swoją kabaretową, powojenną przygodę, pod koniec lat pięćdziesiątych w kabarecie „Szpak”. Nie pamiętam już, jakim cudem moi rodzice zabrali mnie na wieczorny program owego kabaretu. Byłem wówczas uczniem szkoły podstawowej i po raz pierwszy zetknąłem się z estradą na żywo. Proszę mi wierzyć, że do dzisiaj pamiętam ten wieczór. Także kabaretowych aktorów: Wieńczysława Glińskiego, Andrzeja Szczepkowskiego, Edwarda Dziewońskiego i oczywiście Irenę Kwiatkowską.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
