Pochodzi z Chin, ale kojarzy się z ciepłymi krajami, u nas – ze strefą śródziemnomorską.

To właśnie z Włoch, Grecji czy Hiszpanii sprowadzane są brzoskwinie, które w sezonie można kupić na targowiskach czy w sklepach. Brzoskiwinie należą jednak do tych owoców, które da się uprawiać także w Polsce. I to nie tylko w zachodniej części, gdzie zimy są łagodniejsze, a przez znaczną część roku temperatury zwyczajowo wyższe, ale i u nas, stosunkowo blisko polskiego bieguna zimna. Udowadnia to na przykład nieustający człowiek sportu, a w wolnych chwilach także sadownik i ogrodnik – Zbigniew Dobkowski. Paręnaście lat temu otrzymał od swojego znajomego, pana Jerzego Kosińskiego (innego CZŁOWIEKA SPORTU z naszego sportowego plebiscytu), drzewko brzoskwiniowe. Sadzonka się przyjęła i co roku pan Zbyszek może się cieszyć własnymi owocami. Z jednego drzewka powstał już na terenie przydomowego ogródka minisad brzoskwiniowy, a w nim oczywiście apetycznie wyglądające owoce, niektóre całkiem spore (fot. 1). W miniony weekend, gdy odwiedziliśmy pana Zbyszka, było ich naprawdę dużo (fot. 2) . Jak twierdzi nasz rozmówca, przed rokiem brzoskwiń wyrosło co najmniej dwa razy mniej. Dojrzała na razie tylko ich część, zdecydowana większość musi jeszcze trochę poczekać. Jak mówi pan Zbyszek, nie stosuje jakichś specjalnych zabiegów. Nie używa preparatów do opryskiwania, w bieżącym roku drzewek dodatkowo nie podlewał, choć z pogodą bywało różnie.
Ogranicza się do zrywania źle wyglądających liści i lekkiego przycinania drzewek – tam, gdzie owoców jest blisko siebie więcej, są one po prostu mniejsze, wielkości śliwek węgierek. Brzoskwinie obrodziły, część z nich spadła już niczym jabłka. Oczywiście pan Zbyszek wszystkich smacznych, zdrowych i niskokalorycznych owoców nie zje – zazwyczaj rozdaje je znajomym, a z działkowiczami dzieli się wyhodowanymi z pestek sadzonkami (fot. 3). – Teraz owoców jest około pięciuset – szacuje nasz rozmówca. Gdy w sobotę gościliśmy w sadku pana Zbyszka, a temperatura w słońcu była wyraźnie wyższa niż w cieniu, poczuliśmy się jak na darmowej wycieczce nad Morze Śródziemne.
OSTATNIE PORYWY LATA

Nie da się ukryć, że kalendarzowe lato się kończy. Aura w sierpniu nie rzucała na kolana, ale w drugim tygodniu września lato przypomniało swoje oblicze. Trochę późno, bo teoretycznie jest już po sezonie – co najmniej w Szczytnie. W ubiegłą sobotę, jeszcze przez wieczorną burzą, przechadzaliśmy się nad większym z naszych jezior, licząc, że wysoka temperatura i słoneczna pogoda zachęcą do gremialnego przybycia na plażę i zażycia ostatniej w roku kąpieli. Nic z tych rzeczy. Na plaży opalały się pojedyncze osoby, podobnie było z nawiązywaniem kontaktu z wodą (fot. 4) . Większy ruch panował tylko w szkółce żeglarskiej.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Dość szybki odpływ turystów ze Szczytna, nagrodzonego ostatnio za starania właśnie w sferze turystycznej, połączony z chyba mniejszą aktywnością samych mieszkańców może dziwić. Późnym piątkowym popołudniem wpadliśmy do nie tak odległych Mikołajek, a tam na odnowionej niedawno promenadzie ruch zastaliśmy naprawdę duży (fot.5) . Niektóre lokale, z cenami raczej wygórowanymi, zajęte były do ostatniego stolika. Do Szczytna z takiej np. stolicy wyraźnie bliżej i chciałoby się, żeby to u nas sezon tak szybko się nie kończył.
CIEPŁO - ZIMNO
Upały upałami, ale zaledwie parę dni wcześniej wielu mieszkańców bloków marzyło, by rano lub wieczorem włączone było centralne ogrzewanie. Niektórzy ze szczęśliwych posiadaczy domków zajrzeli z kolei do pieców. Któregoś ranka zrobiło się na tyle zimno, że konieczne stało się skrobanie szyb w samochodach – w iluś miejscach powiatu mieliśmy letni przymrozek. Ba, spadł nawet pierwszy śnieg (fot. 6). No dobrze, z tym śniegiem trochę przesadziliśmy. Taki efekt daje spadający u nas we wrześniu spadający puch kielichowy z rosnących w Szczytnie topoli.
SIEDZISKA CZĘŚCIOWO ZUŻYTE
Minęło zaledwie kilka miesięcy i nowo postawione siedziska na placu Juranda są do co najmniej częściowego odświeżenia. Odwiedzający centrum miasta na ogół po nich nie skakali i nie chodzili, nie jesteśmy nawet pewni, czy każde z miejsc było w czasie sezonu zajęte. Wystarczyło jednak trochę słońca, trochę deszczu i warstwa ochronna poziomych komponentów ławeczek wygląda na poważnie zużytą (fot. 7) . Taki to już urok współczesnych mebli czy elementów małej architektury – lepiej nie dotykać, nie przesuwać i nie wystawiać na działanie warunków atmosferycznych. Gdy byliśmy ostatnio w Mikołajkach (o czym pisaliśmy paręnaście wersów wcześniej), widzieliśmy całe mnóstwo analogicznych ławek, dość ciekawie wkomponowanych w otoczenie – niektóre stanowiły przedłużenie chodnika, by za moment stać się siedziskami. Lakier zszedł tam tak samo jak u nas.
BRAKUJĄCA TABLICZKA

Po długich oczekiwaniach możemy wreszcie powiedzieć wreszcie „Mamy to!”. Chodzi o dość nieskomplikowaną rzecz, czyli brakującą ze względów nie tylko logicznych tabliczkę w centrum Szczytna. Ostatnio „zguba” się znalazła (fot. 8). Mowa oczywiście o kierunkowskazie do serbskiej Batociny, uzupełniającym resztę tabliczek poświęconych partnerskim miejscowościom. Mijają właśnie dwa lata od podpisania umowy z tym serbskim miasteczkiem i z tej okazji ktoś wreszcie sobie o tym przypomniał (może dzięki naszej skromnej pomocy). Wiemy już, że do przyjaciół z południa Europy mamy spory kawałek, bo 1358 km. Cieszymy się i z takiego drobiazgu, ponieważ czasem zapomnienie o prostych sprawach to zwyczajny obciach. Obciachem jest, niestety, to, że po niby już zakończonej w maju akcji wymiany co najmniej najbardziej zużytych tabliczek z nazwami szczycieńskich arterii, niektóre nasze nawet główne ulice wciąż nie mają czytelnego oznakowania. O wyblakłych lub powyginanych tabliczkach na rogu ulic Kościuszki i Kasprowicza czy Warszawskiej i Ogrodowej pisaliśmy już kilka razy. Być może o ten jeden raz za mało, więc niejako z uporem maniaka czynimy to ponownie (fot. 9).
POCIĄG TYLKO PRZELOTEM
Miał być u nas w lipcu, będzie w najbliższą sobotę. Mowa o pociągu turystycznym „Szkwał”. Jak na szkwał przystało, zawita do nas na krótko, bo – według rozkładu przygotowanego przez firmę TurKol – tylko na minutkę. Skład inny od tych, które mogliśmy oglądać w latach poprzednich, powinien przybyć na szczycieński dworzec o 8.39, by po parudziesięciu sekundach postoju popędzić w tempie szybszym niż turystyczne do Ełku, z dwoma krótkimi postojami w Rucianem-Nidzie i Piszu.
Tekst i foto (w większości):
G.P.J.P.
{/akeebasubs}
