Moja rodzina ostatecznie dorobiła się kilkunastohektarowego gospodarstwa. Utrzymywało się z niego sześć osób: rodzice i czworo dzieci, z których ja byłem najstarszy. Jak już wspominałem, po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Kałęczynie w 1954 r., dostałem się do Liceum Pedagogicznego w Szczytnie, kończąc je w 1961 r. Zgodnie z pragnieniem mojej matki, własną ambicją i namową nauczycieli, zdecydowałem się wystartować na studia.
WIZYTA U KURATORA
Nie było to rzeczą łatwą, ponieważ brakowało nauczycieli w terenie. Liceum w Szczytnie kształciło ich na potrzeby kilku powiatów. Była powołana komisja złożona z kuratora oświaty, dyrektora szkoły i przedstawiciela Urzędu Wojewódzkiego, która kwalifikowała osoby do poszczególnych powiatów. Ja, kolega i koleżanka zdecydowaliśmy się walczyć o skierowanie na studia. Taką możliwość przed nami uzyskało zaledwie kilka osób z najlepszymi wynikami. Myśmy nie byli na tyle wybitni, chociaż mieliśmy przyzwoite wyniki. Komisja nie wyraziła zgody na wydanie skierowania. Namówiłem wówczas kolegę Jana Kaska oraz koleżankę Bożenę Gębarską, ażeby udać się do kuratora oświaty, pana Oleksiaka w Olsztynie i wyprosić skierowanie. Kiedyśmy stanęli w drzwiach jego gabinetu, kurator zażartował, mówiąc, że pewnie matury nie zdali i przyjechali na skargę. Bożena natychmiast się rozpłakała, a ja stwierdziłem, że przyjechaliśmy prosić o skierowanie na studia. Chyba płacz koleżanki ujął go za serce. Po namyśle zaczął nas kolejno pytać, czy chociaż staramy się na kierunki związane w przyszłości z nauczaniem młodzieży. W dwóch przypadkach rzecz się zgadzała, ale nie w moim. Ostatecznie jednak kurator przychylił się do wszystkich próśb. Wróciliśmy do Szczytna pociągiem i natychmiast pobiegliśmy do dyrektora szkoły. On oświadczył, że mieliśmy szczęście, bo za pół godziny już by go nie było, a był to ostatni dzień składania podań. Nie pamiętam, jakie były dalsze losy koleżanki Gębarskiej i kolegi Kaska.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
EGZAMINY WSTĘPNE
Na egzaminach wstępnych zamieszkałem razem z kolegą z mojego liceum Janem Orłem w akademiku Uniwersytetu Warszawskiego na ulicy Kickiego 9, bo tam lokowano osoby studiujące kierunki humanistyczne. Kolega starał się dostać na polonistykę i należał do tych najwybitniejszych absolwentów naszej szkoły średniej.
Kiedy decydowałem się wybrać kierunek studiów, chciałem się dostać na atrakcyjny, ale i zarazem na taki, gdzie by się zdawało egzaminy wstępne z geografii i historii. Geografia, jak już wspominałem, była moją pierwszą miłością, a historia niewiele jej ustępowała. Oprócz tego trzeba było obowiązkowo zdawać język obcy. Kiedy wziąłem do ręki informator po kierunkach okazało się, że zachęciła mnie archeologia Polski. Na nią złożyłem dokumenty. Najbardziej obawiałem się egzaminu z języka rosyjskiego, którego z różnych względów nie lubiłem. Egzamin pisemny i ustny miałem z historii, zaś z geografii i rosyjskiego tylko ustny. Egzamin pisemny poszedł mi dobrze. Na egzaminy ustne z historii i geografii opracowałem specjalną taktykę. Widząc tłum oczekujących przed drzwiami sali egzaminacyjnej, doszedłem do wniosku, że pytające kandydatów osoby z komisji będą się spieszyć. Przyjąłem więc taktykę, że będę mówić wyraźnie i szybko to, co się wie na zadane pytanie. To był strzał w dziesiątkę. Pytający mnie, widząc pewność i tempo moich odpowiedzi (dobrej zresztą), po kilku zdaniach przerywał mi i zadawał kolejne pytanie. Z historii egzaminowała mnie pani Geremek (żona profesora Bronisława Geremka), a z geografii pani Wiprzycka (podobno córka Ochaba).
SKUTECZNY FORTEL
Obawiając się egzaminu z rosyjskiego, przeprowadziłem w akademiku rozpoznanie, chcąc dotrzeć do osoby z województwa białostockiego, sądząc, że ludzie stamtąd dość powszechnie znają ten język. Do dobrej znajomości rosyjskiego przyznał się osobnik z Grajewa. Na egzaminie siedziałem obok niego, licząc na pomoc. Tak mi pomógł, że dostałem dwójkę. Kiedy się o tym dowiedziałem, powiedziałem koledze Orłowi, że wyjeżdżam, bo i tak tego wyniku ustnie nie poprawię. Na to kolega powiedział mi, że nic nie stracę, jeśli jednak do egzaminu przystąpię, a mogę tylko zyskać. Poza tym zachęcił mnie, że jeśli zostanę, to zwiedzimy Warszawę. Po namyśle zaakceptowałem jego sugestię. Przed salą egzaminacyjną stał tłum poprawkowiczów z różnych kierunków. Egzaminowała pani w poważnie zaawansowanym wieku. Wyciągnęła księgę, otworzyła w środku i kazała mi czytać. Starałem się przynajmniej poprawnie przeczytać wskazany fragment. Po przerwaniu mi, egzaminatorka poleciła opowiedzieć, o czym był czytany przeze mnie tekst. Zacząłem miotać się bezproduktywnie, a ona, widząc to zapytała mnie, dlaczego jestem taki słaby z języka rosyjskiego. Odpowiedziałem humorystycznie, że mieliśmy młodą i ładną nauczycielkę tego przedmiotu w liceum i każdy z nas chłopaków zwracał uwagę na nią, a nie na to, czego uczyła. Egzaminatorka potraktowała sprawę gromkim śmiechem i oświadczyła, że stawia mi ocenę dostateczną. Takim oto fortelem zaskarbiłem sobie sympatię owej pani.
SZCZĘŚLIWA NOWINA
Po egzaminie udałem się do dziekanatu i zapytałem, ilu jest kandydatów na ile miejsc. Poinformowano mnie, że startuje 77 osób na 14 miejsc. Wówczas przyjmowano podobną liczbę kandydatów jeszcze na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Po uzmysłowieniu sobie, że startuje niemal sześć osób na jedno miejsce, zwątpiłem w możliwość dostatnia się na wybrany kierunek.
Po dwóch tygodniach od powrotu z Warszawy mama poprosiła mnie, bym poszedł do szopy i narąbał drewna. Kiedy czyniłem tę powinność, mama wpadła rozpromieniona, rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nigdy w takiej formie tego nie czyniła, więc byłem zaskoczony. Oświadczyła z wielką radością, że przyszło zawiadomienie z uczelni o przyjęciu mnie na studia. Natychmiast zebrałem kolegów ze wsi i udaliśmy się do tzw. knajpy istniejącej w Rańsku. Tam w sposób godny uczciliśmy zaistniałą sytuację. I tak zaczęła się moja epopeja studencka w Warszawie.
Cdn.
Tadeusz Frączek{/akeebasubs}
