Niegdyś dużo podróżowałem po świecie. Niemal zawsze zawodowo, czyli za pieniądze firmy, która zlecała mi taką lub inną zagraniczną realizację architektoniczną. Nigdy nie były to kokosy, ale przejazd i hotel ze śniadaniem miałem gwarantowane. W ten sposób zwiedziłem kawał świata.
Prywatnie nigdy nie byłoby mnie stać na tak liczne wojaże. To było dawno. Dzisiaj całkowicie wystarczają mi realia szczycieńskie, mazurskie krajobrazy i malownicze jeziora. Ale to nie znaczy, że nie wspominam tamtych lat i atrakcyjności światowych metropolii. Dzisiaj, po latach, pamiętam jaką ułożyłem sobie hierarchię stolic, które lubię bardziej lub mniej. Na przykład nieźle znam Paryż i lubiłem tam bywać, ale znacznie wyżej ceniłem sobie wyjazdy do czeskiej Pragi. Budapeszt niezbyt mnie zachwycał, Także Londyn. Natomiast uwielbiałem Kopenhagę. I tutaj czas przejść do tematu zasygnalizowanego tytułem. Dlaczego polubiłem Kopenhagę, a nie inne skandynawskie miasta, jak na przykład szwedzki Sztokholm, albo Goeteborg? {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Zajrzyjmy do Francji. Paryż, Wersal, zamki nad Loarą, Lazurowe Wybrzeże. Jakież to wszystko piękne. A tamtejsi ludzie? Nie jestem ich wielbicielem. Pozornie to wesoły naród, na luzie. Tymczasem tak naprawdę, to dość nadęte towarzystwo, przekonane o swojej historycznej wyższości nad resztą Europy. Przybyszom mają za złe, że ci nie mówią po francusku, a kelnerzy w kafejkach obsługują ich dość opieszale. Do tego skąpiradła i jak na mój standard, raczej brudasy. W dodatku cierpią na obsesję szkodliwych przeciągów i raczej rzadko wietrzą swoje mieszkania. Doskonale pamiętam lekki zaduch w paryskich zaciszach domowych większości odwiedzanych przeze mnie paryżan.
Wspomniałem o dystansie wobec obcokrajowców. U Francuzów to głównie zarozumialstwo i lenistwo. Co innego Szwajcarzy. Ci po prostu nie uznają u siebie żadnych obcych. O jakichkolwiek turystach nie ma mowy. Ostatnio byłem w Szwajcarii stosunkowo niedawno. W dużych miastach jest tak jak wszędzie w Europie. Słychać różne obce języki. Ale na prowincji! W przepięknych Alpach, nad górskimi jeziorami, nie uświadczysz żadnego turysty, a na szosach i autostradach mijasz wyłącznie samochody z rejestracją szwajcarską. Szwajcarzy uprzejmi są wyłącznie dla siebie. W jednym z uroczych miasteczek alpejskich zobaczyłem na rynku plakat z napisem „nie damy obcym zadeptać naszej małej ojczyzny”.
Zupełnie inni są mieszkańcy południa Europy. Kocham Greków. Są to ludzie pogodni, bez kompleksów. Nikt im nie może niczego kazać, czy zabronić. Otwarci na świat, pogodni i gościnni. Podobnie Hiszpanie, choć są to straszne gaduły. Jeśli tylko znasz choć trochę ich język, zagadają cię na śmierć. Na szczęście, na ogół, przy winie. Na charakterystykę innych nacji brak już miejsca, zatem kończę i powracam do kontaktu z rodakami. Zwłaszcza tymi z Warmii i Mazur.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
