Przed tygodniem napisałem felieton opisujący kontakty ludzi chorych z przedstawicielami świata medycyny.
Nie jestem żadnym autorytetem w tej dziedzinie, toteż były to dość przypadkowe spostrzeżenia z nielicznych, specjalistycznych wizyt lekarskich. Kawał życia minął mi bezboleśnie. Do ukończenia lat sześćdziesięciu w szpitalu byłem tylko raz. Z powodu złamania nogi. A co do takich typowych, lekarskich wizyt, to właściwie w ogóle ich nie pamiętam. Dopiero w minionym dziesięcioleciu aż trzykrotnie leczono mnie w szpitalu, a życie zmusiło do częstszych wizyt u specjalistów z różnych dziedzin medycyny. Nic zatem dziwnego, że lecznictwo, jako takie, wcale mnie nie interesowało, mimo że jest to dziedzina wiedzy, na której znają się wszyscy. No cóż, ja mam opóźnienia. Zapewne stąd nagły zapał, aby nieco przyjrzeć się owej, jakże ważnej, nauce. Okiem laika, czyli całkiem na świeżo.
Człowiek żądny wiedzy sięga po literaturę ksiąg poważnych, a także po informacje internetowe. Sięgnąłem i temat mnie zafascynował. Medycyna taka, czy inna istnieje od zawsze. Od czasu ludów pierwotnych, kiedy to jednym ze sposobów leczenia było składanie ofiar z ludzi. Używano także zaklęć, a w starożytnej Mezopotamii sproszkowane kości ludzkie leczyły choroby oczu. Warto także przypomnieć umiejętności Egipcjan przy balsamowaniu zwłok. Jeśli chodzi o historię, to szczególnie zaciekawiła mnie tradycyjna medycyna chińska. Znana od 2500 lat, a częściowo praktykowana także dzisiaj. Na przykład akupunktura.
Przenieśmy się do Europy.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Zasady medycyny hipokratesowej przetrwały około 2000 lat. W roku 1493 przyszedł na świat szwajcarsko
-niemiecki lekarz Paracelcus. Jako wędrowny lekarz odwiedził on całą Europę (był też w Polsce). Zdobył ogromną wiedzę, doświadczenie, a także i sławę. Został profesorem uniwersytetu w Bazylei. Jego medyczne teorie opierały się na znajomości chemii. To on jest dzisiaj uważany za ojca medycyny nowożytnej.
Trudno nie ulec fascynacji światem medyków. Najlepiej widać to w sztuce. Literatura, teatr, film, telewizja. Jeśli chodzi o teatr, to już w roku 1955 odbyła się, w Teatrze Narodowym, prapremiera sztuki Jerzego Lutowskiego „Ostry dyżur”. Później niezwykle popularnej. Wielokrotnie granej. Także w telewizji. A co do filmów, czy może raczej telewizyjnych seriali, to tego nie da się zliczyć. Przypomnę choćby tylko „Doktora Kildare” – serial z roku 1961 z Richardem Chamberlainem. Albo czeski „Szpital na peryferiach” z roku 1981. Któż nie zapamiętał doktora Sztrosmajera? Kiedy w roku 1999 rozpoczęto emisję serialu „Na dobre i na złe”, moja leciwa mama jeszcze żyła i była wierną oglądaczką medycznego serialu. Mama należała do osób zawsze zdrowych i jak dotychczas nie miała żadnego kontaktu ze szpitalem. Kiedy jednak z racji wieku musiała udać się na szpitalne badania, to wręcz nie mogła doczekać się tej chwili. Mama utożsamiała lecznicę z tym co widziała w telewizji i bardzo była ciekawa owego świata. Po dwóch dniach pobytu w szpitalu załamała się. Nijak toto nie przypominało jej ulubionych scen z serialu. Minęły lata. Dzisiaj króluje w telewizorze „Doktor House”. Genialny diagnosta. Film raczej trudny, a główny aktor, skądinąd znakomity, jest tutaj chyba za bardzo manierycznie diaboliczny. Ale temat to ciekawy. Sam kiedyś byłem na obserwacji w warszawskim szpitalu przy ulicy Szaserów. Leżałem na specjalnym oddziale diagnostycznym. Sami wybitni lekarze, a ich szefem był profesor Leszek Kubik. Świetnie ten pobyt wspominam. W szpitalu doktora Housa proces diagnozowania w oparciu o jednego geniusza wygląda znacznie gorzej niż na profesjonalnym oddziale profesora Kubika.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
