Tak się złożyło, że w minionym miesiącu aż trzykrotnie jeździłem do Warszawy, za każdym razem spędzając tam po trzy, cztery dni. Nic też dziwnego, że warszawskie tematy zdominowały poprzednie dwa felietony, a i ten dzisiejszy postanowiłem poświęcić stołecznym klimatom.
Cały mój wolny czas podczas pobytu w Stolicy poświęciłem na wieczorne spacerki znanymi mi sprzed lat warszawskimi uliczkami. Uliczkami i ulicami wciąż oświetlonymi świątecznie - nieprawdopodobnie barwnie i bogato.
W tym roku tylko iluminacja Starówki kosztowała 2,5 miliona złotych. Efekt zachwycający! Świetlne, wielobarwne bramki, pod którymi przemieszczają się przechodnie. Na wszystkich latarniach Krakowskiego Przedmieścia ogromne, świecące parasole. Przed Ministerstwem Kultury (koło Kordegardy) ogromne pudło prezentowe owinięte kokardami. Cała kompozycja wielkości małego domku, zmontowana z kolorowych lampek. Przed Zamkiem Królewskim choinka wysokości 27 m (9 pięter). Plastikowa, ale jakże niesłychanie bogato i kolorowo świecąca. Sam Zamek oświetlono reflektorami-rzutnikami, które wyświetlają ogromne śnieżynki opadające po ścianach budynku. Fantastyczny, ruchomy efekt. Podobną, ruchomą iluminacją ozdobiono niektóre elewacje kamieniczek staromiejskiego rynku. Pośrodku placu urządzono zaś staroświecką ślizgawkę z fontanną świetlną i muzyką. Miasto po zmroku wygląda fantastycznie. Nie trzeba jechać do Paryża, Wiednia, czy Londynu, aby wpaść w zachwyt.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W takiej to kolorowej, świątecznej atmosferze postanowiłem odwiedzić kilka znanych mi miejsc i sprawdzić, czy jeszcze istnieją i w jakiej są formie. Zacząłem od kawiarni „Marcinek” przy ulicy Podwale obok staromiejskich murów. Czterdzieści pięć lat temu było to ulubione miejsce spotkań studentów Wyższej Szkoły Teatralnej. Z uwagi na bliskość uczelni. „Marcinek” egzystuje nadal, co więcej; odniosłem wrażenie, że jeśli chodzi o wystrój wnętrza to raczej nic się nie zmienił od czasów PRL. Drewniane schody na kawiarniane pięterko skrzypią niemiłosiernie zupełnie jak przed laty. Spytałem młodziutką barmankę, czy nadal przebywają tam przyszli aktorzy. Okazuje się, że tak. Wciąż jest to ulubiony lokal studentów Akademii Teatralnej. Jeszcze jeden autentyczny relikt przeszłości.
Tuż obok, dosłownie przez ścianę, spostrzegłem czerwono-biały szyld pizzerii UFO. Zdziwiłem się, ponieważ doskonale pamiętam, że UFO była pierwszym w Warszawie tego rodzaju lokalem. Otworzył ją znany dziennikarz sportowy i pisarz Janusz Michał Cieśliński, bodajże w roku 1990, ale jego lokal mieścił się w piwnicy piekarni przy ulicy Barskiej na Ochocie. Zapamiętałem UFO, bo mieszkałem wówczas niedaleko i w pizzerii bywałem z dziesięcioletnią córką. Wstąpiłem zatem do środka lokalu przy ulicy Podwale i dowiedziałem się, że jest to wciąż ten sam gastronomiczny interes, tyle że w nowej lokalizacji.
Wracałem do domu ulicą Krakowskie Przedmieście. Zaraz za Placem Zamkowym, po prawej stronie zauważyłem lokal nowy, nieznany mi, o nazwie HOUSE CAFE, reklamujący piwo, wino i... pieczone kartofle. Wszedłem do środka i poprosiłem o szklaneczkę wina. Podawano tak zwane „wino domowe” w karafkach. Niedrogo. Spytałem o te kartofle. Panienka otworzyła umieszczony w ścianie piekarnik i wówczas ujrzałem kilkanaście dorodnych, upieczonych ziemniaków. Wyglądały niby normalnie, ale każdy z nich był wielkości solidnego melona. Okazało się, że jest to restauracyjka turecka, a owe kartofle sprowadzane są z Turcji. Podaje się je jako potrawę o nazwie kumpir. Z ciekawości zamówiłem ów kumpir. Znakomite jedzonko. Opiszę jak to się robi. Otóż kucharz nacina ów wielki kartofel u góry, po czym rozciapkuje miąższ wewnątrz, oddzielając go od skórki, która jest na tyle twarda, że staje się czymś w rodzaju naturalnej miski. Podobnie jak to robi się z niektórymi owocami (avocado, ananas, czy grapefruit). Do tego miękiszu kucharz dokłada, według wyboru gościa, masło, tarty ser oraz przeróżne sosy i dodatki. Po wymieszaniu otrzymuje się tę potrawę w ceramicznej miseczce usztywniającej miseczkę naturalną, jaką jest skorupka ziemniaka-giganta. Plus łyżka do wyjadania kartoflanej masy. Chociaż jestem żarłokiem, to takiego kumpira ledwo zjadłem. Cena 20 zł, co jak na staromiejską lokalizację knajpki jest ewenementem.
Wychodząc od sympatycznych, młodych Turków (młodziutki kucharz nawet nie mówi po polsku) trafiłem tuż obok na jeszcze jeden obiekt gastronomiczny będący znakiem nowych czasów. Był to malutki lokalik „na stojąco” o nazwie OJCZYSTA CZYSTA. Do konsumpcji wszystkie polskie czyste wódki. Te popularne po 3 złote za kieliszek! Można tam także kupić zakąskę i popitek, ale typowy klient po prostu pokazuje paluchem, na którą gorzałeczkę ma ochotę (butelki stoją rzędem na półkach), dostaje swojego kielicha, płaci, wypija i idzie dalej. Nie udało mi się tam wejść. Taki tłok! Na szczęście nie byłem spragniony.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
