Dyrektor Miejskiego Domu Kultury w Szczytnie Andrzej Materna należy do ekipy, która od trzydziestu lat zajmuje się organizacją Dni i Nocy Szczytna. O tej imprezie wie wszystko, a może nawet jeszcze więcej … W rozmowie z „Kurkiem” wspomina początki święta grodu oraz zdradza, jakie atrakcje czekają na uczestników w tym roku.
POWRÓT NAD JEZIORO
- Dni i Noce Szczytna wracają po dwuletniej przerwie spowodowanej pandemią. Dla wielu zaskoczeniem jest zmiana lokalizacji imprezy, która po kilkunastu latach wraca na plażę miejską, przenosząc się z pl. Juranda. Co o tym zadecydowało?
- Już w 2019 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad warunkowo pozwoliła nam zamknąć główne ulice miasta, tłumacząc, że powoduje to duże utrudnienia w ruchu. Obawialiśmy się, że w tym roku takiej zgody nam nie wyda. Drugi powód to utworzenie na części pl. Juranda strefy relaksu.
- Czy to oznacza, że w tym roku na pl. Juranda nie będzie już żadnej sceny?{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- Tak. Teraz plac będzie w całości zajęty na potrzeby Jarmarku Jurandowego. Stoiska zostaną rozstawione zresztą nie tylko tam, ale też na ul. Kasprowicza. Z kolei na piłkarskim „orliku” na ul. Klenczona powstanie strefa gastronomiczna. Natomiast kramy rękodzielników pojawią się tym razem nie na ul. Klenczona, tylko na pasażu prowadzącym na molo.
- A jak będzie wyglądała ceremonia otwarcia? Choć dawniej koncerty odbywały się na plaży, to Jurand ze świtą odbierał od burmistrza klucze do bram miasta właśnie na placu.
- Tym razem Jurand wraz z orszakiem wjedzie na plażę. Ceremonia otwarcia Dni i Nocy, poza zmianą miejsca, będzie przebiegała zgodnie ze znanym i sprawdzonym już scenariuszem.
MALKONTENCI ZAWSZE SIĘ ZNAJDĄ
- Pandemia spowodowała, że impreza przez dwa lata się nie odbywała. Czy mieszkańcy oraz turyści czekają na nią, czy być może trochę już o niej zapomnieli?
- Trudno to wyczuć. Otrzymujemy telefony od fanów Dni i Nocy z pytaniami o imprezę, jest też wiele pozytywnych komentarzy w mediach społecznościowych. Oczywiście nie brakuje malkontentów, którzy narzekają na tegoroczny zestaw artystów. Wiadomo jednak, że wszystkim nie da się dogodzić. Myślę, że w tym roku mamy wykonawców z górnej półki. Na szczególną uwagę zasługuje piątkowy koncert z okazji jubileuszu 35-lecia zespołu Hunter, naszej rodzimej kapeli. To najbardziej dziś znany wykonawca pochodzący ze Szczytna, który przetrwał zarówno te dobre, jak i gorsze czasy w świetnej formie. Nie mam wątpliwości, że ten koncert będzie niezapomnianym wydarzeniem.
- W sobotę, tradycyjnie już, nie zabraknie akcentów związanych z Krzysztofem Klenczonem.
- Sobotni koncert upłynie pod znakiem muzyki środka. Utwory Klenczona, zarówno te z czasów Czerwonych Gitar, jak i Trzech Koron, przypomni zespół The Klenczon Experience. Poza tym usłyszmy też De Mono z wokalistą Andrzejem Krzywym. Na koniec zaśpiewa Mrozu.
Z kolei w niedzielę wystąpi nasza szczytnianka Stashka, Smolik i Kev Fox oraz zespół Varius Manx z Kasią Stankiewicz.
- Co z imprezami towarzyszącymi? Czy będzie wesołe miasteczko?
- Nie. Zastąpi je strefa dziecka z dmuchańcami. Będzie się ona znajdowała w parku na ul. Pasymskiej, w miejscu, gdzie dawniej było wesołe miasteczko. Na liście imprez towarzyszących nie może też zabraknąć wioski rycerskiej.
NIEKTÓRZY GRALI ZA DARMO
- Jest pan jedną z osób, które od trzydziestu lat czuwają nad organizacją Dni i Nocy. Czym te pierwsze edycje różniły się od obecnych?
- Kiedyś mieliśmy łatwiej, bo nie było tylu formalności co teraz. Zanim weszły w życie przepisy o imprezach masowych, wystarczyło tylko zgłosić odpowiednim instytucjom, że takie wydarzenie się odbędzie. Pierwsze Dni i Noce odbywały się na zasadzie, że ochrona mogła być, ale wcale nie musiała. Teraz to już niemożliwe. Przepisy określają nawet szczegółowo liczbę ochroniarzy przypadającą na określoną liczbę uczestników.
- Jak dawniej wyglądało sprowadzanie wykonawców? Podobno kiedy organizowano koncert poświęcony pamięci Krzysztofa Klenczona, bodaj podczas pierwszych Dni i Nocy, to delegacja ze Szczytna udała się do Maryli Rodowicz, która akurat wypoczywała w swoim domku w Nartach i po prostu zapytano ją, czy wystąpi. Wiedząc, że będzie to koncert poświęcony Klenczonowi, od razu się zgodziła.
- Kiedyś kontakt z artystami był dużo łatwiejszy niż dziś. Zwykle dzwoniło się do menedżera i on wszystko załatwiał. Często było tak, że jeden menedżer miał pod opieką kilku wykonawców, co jeszcze bardziej ułatwiało sprawę. Obecnie na rynku działa wiele agencji impresaryjnych i to z nimi trzeba prowadzić rozmowy.
Niektórzy artyści biorący udział w pierwszych edycjach Dni i Nocy występowali za darmo, inni grali za naprawdę niskie gratyfikacje. Później zaczęło się to zmieniać. Dziś gaże wykonawców stanowią jeden z największych kosztów imprezy.
ZARWANA SCENA, BRAK PRĄDU I WICHURA
- Jak wyglądały wasze, pracowników MDK-u, obowiązki związane z organizacją imprezy w jej początkach? Czy już wtedy budową sceny i oświetleniem zajmowały się profesjonalne firmy?
- Ówczesne sceny to była jedna wielka improwizacja. Podest robiliśmy sami, a zadaszenie stworzyliśmy z otrzymanych z demobilu spadochronów. Wcześniej sami musieliśmy je pozszywać, bo był to specyficzny materiał. Artystom takim jak Maryla Rodowicz czy Czerwone Gitary to pasowało. Dopiero później, kiedy zaczęły przyjeżdżać wielkie gwiazdy, pojawiły się większe wymagania. Każdy zespół ma swoje szczegółowe wymogi techniczne dotyczące sceny, nagłośnienia i oświetlenia.
- W trakcie Dni i Nocy w latach 90. występowały nieraz niespodziewane sytuacje, z którymi musieliście sobie radzić.
- Pierwsze sceny nie były do końca bezpieczne. Pewnego razu, podczas występu zespołu rockowego, którego nazwy już teraz nie pamiętam, pod wokalistą zarwała się podłoga. Zespół grał dalej, a pan Witek Kurpiewski z Michałem Grzymysławskim, siedząc pod sceną, przystąpili do jej naprawiania. Michał wyciął piłą motorową odpowiednią deskę, pan Witek ją dopasował i tak, jeszcze w czasie koncertu, scena została załatana. Były też inne dziwne przypadki np. z prądem. Pamiętam, jak doszło do awarii na pl. Juranda podczas występu UK Legends. Scena tylko częściowo miała prąd, ale działały odsłuchy, więc zespół zbytnio się nie przejął i kontynuował występ, tylko w wersji unplugged.
- Mówi się, że niektórzy artyści mieli swoje kaprysy i niełatwo się z nimi współpracowało. Do dziś krążą legendy na temat występu na Dniach i Nocach Kory z Maanamem.
- Ona była specyficzna. To wielka i wspaniała artystka, ale przed każdym występem musiała się odpowiednio „nastroić”, żeby móc wyjść na scenę. Wtedy było tak, że nie odpowiadał jej moment, kiedy miała wystąpić, bo wolała w innym. Wówczas była to kwestia dogadania się z nią oraz menedżera, który na wiele rzeczy miał wpływ. Ogólnie z mojego doświadczenia z artystami wynika, że to bardzo fajni ludzie. Czasem tylko menedżerowie tworzą wokół nich aurę niedostępności.
- Które Dni i Noce wspomina pan ze szczególnym sentymentem? Czy może lata pracy przy ich organizacji powodują, że poszczególne edycje zacierają się w pamięci?
- Każde Dni i Noce są inne, więc trudno powiedzieć. Nie możemy popaść w rutynę, bo wtedy wiele rzeczy może nam umknąć. Trzeba się cały czas pilnować. Pamiętam Dni i Noce, kiedy nad miastem przeszła nawałnica. Bardzo się wtedy stresowałem, bo nie wiedziałem, co będzie dalej – czy mamy przerwać koncert, czy przeczekać załamanie pogody. Wszystkich artystów ze względów bezpieczeństwa musieliśmy przenieść spod sceny do ratusza, a scenę zwinąć na dół. Na szczęście długo to nie trwało. Wichura niczego nam nie uszkodziła i scenę szybko doprowadziliśmy do użyteczności.
- Od trzydziestu lat z ramienia MDK-u imprezę pilotuje w zasadzie ta sama ekipa.
- Tak. Ta ekipa to trzy razy „A (śmiech), czyli Andrzejowie – Ałaj, Kurpiewski i Materna plus Michał Grzymysławski i Grzegorz Drężek, który pracując jeszcze w urzędzie był zaangażowany w organizację Dni i Nocy. Trzeba jeszcze podkreślić, że w początkach Dni i Nocy bardzo wspierała nas armia wolontariuszy. Byli to członkowie prowadzonego przez mnie zespołu tanecznego „ANEX”, Krzysztof i Wojtek Szwejkowscy, Sebastian Kowalewski, Magda i Basia, Justyna Klenczon. Chłopaki byli w ekipie technicznej, a dziewczyny robiły catering i zajmowały się artystami. Potem wiele z tych osób wyjechało ze Szczytna, dorośli, pozakładali rodziny. Dziś są już zupełnie inne czasy …
Rozmawiała:
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
