Nie wiem jak inni felietoniści, ale ja zaczynam zawsze od tytułu. Siadam do komputera, myślę sobie na jakiś temat, następnie staram się temat ów nazwać i tak powstaje tytuł. Później próbuję pod ten świeżo wymyślony tytuł coś mądrego napisać i często zdarza mi się - niejednokrotnie to zauważyłem - że rozgaduję się o czymś zupełnie innym.

Jurorowanie
Od ośmiu lat fotograficzny konkurs budzi ogromne emocje. Każdego roku około 20-30 osób nadsyła swoje prace

Dzisiaj tak nie będzie. Tytuł jest jednoznaczny, choć dość dziwny z polonistycznego punktu widzenia. Pochodzi od francuskiego słowa „jury”, które oznacza zespół arbitrów powołany do oceny jakiegoś zjawiska. Czyta się toto, także w Polsce, „żiri”. Natomiast pojedynczego arbitra nazywamy normalnie jurorem, bez zamiany litery j na ż. Sądzę zatem, że zaproponowany tytuł dzisiejszego felietonu należy czytać tak jak jest napisany, bez francuskich deformacji.

Dlaczego akurat taki temat? Otóż w minionym tygodniu aż dwukrotnie zaproszono mnie do niezwykle zacnego grona jurorów, decydujących o konkursowych nagrodach szczycieńskich artystów. Byłbym nieszczerym kabotynem, gdybym nie przyznał, że pochlebia mi takie wyróżnienie. Oznacza ono, że ktoś ufa mojej zawodowej wiedzy. A to, oczywiście, zobowiązuje. Zatem kilka słów o owych szczycieńskich artystach, a także o moim i nie tylko moim, jurorowaniu.

W dniu, w którym aktualny „Kurek Mazurski” ukaże się w sprzedaży, w Miejskim Domu Kultury odbędzie się doroczna gala wręczenia nagród dla niepełnosprawnych artystów pracujących w warsztatach terapii zajęciowej Stowarzyszenia Pomocy na Rzecz Osób Niepełnosprawnych. Nagrody przyznano w dwóch dziedzinach sztuki. Literackiej i plastycznej. Ja oceniałem prace plastyczne, a moim głównym partnerem, powołanym do jury, był Janek Napiórkowski - znakomity malarz i fotografik, szef galerii sztuki przy Wyższej Szkole Policji. Pan Bóg, jak powszechnie wiadomo, jest sprawiedliwy. Po raz kolejny mogłem przekonać się o tym przeglądając prace wykonane przez ludzi w taki lub inny sposób upośledzonych fizycznie. Wprawdzie cierpią oni z powodu swojej chorobowej bezradności, ale jakim niezwykłym talentem wielu z nich zostało obdarowanych. To, co mamy okazję oglądać na kolejnych wystawach ich twórczości, a jest to już szesnasta, doroczna edycja, mogłoby stanowić ozdobę niejednej kolekcji profesjonalnych galerii sztuki. Naprawdę tak uważam. Ludzi w jakiś tam sposób upośledzonych z reguły cechuje wysubtelniona wrażliwość, a to pozwala im wypowiadać się w sposób artystyczny znacznie swobodniej niż sprawnym, zapracowanym zawodowcom, chałturzącym dla zapewnienia utrzymania rodziny. Tu jeszcze warto dodać, że na najwyższe uznanie zasługuje to, co „wyczyniają” opiekunowie niepełnosprawnych - ich artystyczni instruktorzy. To już wykracza ponad moje pojmowanie zawodu artysty. Można być wielkim, uznanym twórcą. Można być także anonimowym nauczycielem rysunku. Można być jednocześnie i tym, i tym (na przykład znakomity przedwojenny polski malarz Andrzej Vippel, jednocześnie licealny nauczyciel). Ale ten rodzaj artystycznej opieki, jaki mogę zaobserwować w ramach terapii zajęciowej to jest dużo, dużo więcej. To prawdziwe dzielenie się talentem z osobą chorą. Fantastyczna terapia!

Jeszcze kilka słów o innym posiedzeniu jury. Tym razem po raz ósmy miałem zaszczyt brać udział w typowaniu nagród w corocznym konkursie fotograficznym „Fotograf Szczycieński”.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Konkursie zorganizowanym dla fotografujących amatorów przez Towarzystwo Przyjaciół Muzeum w Szczytnie. Patronem medialnym owej imprezy jest „Kurek Mazurski”, a jednym z członków jury był redaktor Marek Plitt, który nie tylko potrafi pisać, ale także fotografuje. Co do pozostałych jurorów, a było nas siedmiu (sami faceci!), to wystarczy, że wymienię choćby tylko Huberta Jasionowskiego - fotografika wielokrotnie nagradzanego no ogólnopolskich wystawach i Witka Czujaka, niekwestionowanego guru szczycieńskich artystów fotografii. Od ośmiu lat fotograficzny konkurs budzi ogromne emocje. Każdego roku około 20-30 osób nadsyła swoje prace. Bywa ich kilkaset. Wybrać z takiej masy najlepsze, to naprawdę ciężka praca. Wybieramy je nie mając pojęcia, kto jest autorem. Organizator rozkłada zdjęcia przemieszane jak karty, na ogromnych stołach, a jurorzy grzebiąc się pośród fotograficznych arcydzieł „wydłubują” te najlepsze. I co się okazuje? Na ogół wszyscy, my jurorzy, jesteśmy zgodni. Nasze wewnętrzne spory dotyczą jedynie kolejności nagród (pierwsza, druga, czy trzecia), natomiast nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że akurat te, a nie inne kilkanaście fotogramów wyróżniają się spośród kilkuset leżących na stole. Później okazuje się, że połowa nagrodzonych twórców, to ci sami, co w poprzednich latach. A to prawdziwy dowód, że są naprawdę dobrzy. Najlepszym tego przykładem jest Paweł Salamucha, który rok w rok zgarniał większość nagród, aż wreszcie musieliśmy go „przegonić”, żeby dał szanse innym. Zatem w tym roku, po raz pierwszy, nie wziął udziału w konkursie, ponieważ został mianowany jurorem!

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}