Do rozpoczęcia jesieni mamy jeszcze miesiąc, ale ta niezbyt lubiana przez wiele osób pora roku już się zaczęła – co najmniej, jeśli wierzyć słowom wiersza Juliana Tuwima i słynnej piosenki Czesława Niemena.

„Wspomnienie”, bo o tym tekście mowa, otwiera fraza: „Mimozami jesień się zaczyna”. Tuwim, pisząc „mimozami”, miał tak naprawdę na myśli nawłoć, czyli bardzo ekspansywną roślinę, traktowaną jako ładnie wyglądający wyrośnięty chwast ze złocistożółtymi kwiatami. Ów „chwast” jest jednocześnie miododajną byliną o właściwościach leczniczych. Jeszcze w lipcu nawłoć zaczęła się pojawiać na rozmaitych nieużytkach – choć bywa i ozdobą w ogródkach. Teraz, np. w rejonie ulic Pomorskiej i Sybiraków w Szczytnie, tworzy ona prawdziwe pola (fot. 1), o wyglądzie godnym uwiecznienia w jakiejś współczesnej „Inwokacji”.
„Kurek” nie jest powołany do zagłębiania się w tematy natury botanicznej, ale skorzystawszy z dostępnych źródeł, może stwierdzić, że mimozę, roślinę tropikalną, w Polsce spotkać nader trudno. Cechuje się ona dużą wrażliwością na dotyk, a kwiaty ma różowawe (fot. 2). Z jakichś powodów naszą nawłoć zaczęto kiedyś nazywać właśnie mimozą. I takie skojarzenie przetrwało dzięki wierszowi oraz piosence… Mimozy mimozami, ale czy faktycznie czuć już jesień? W ciągu dnia temperatura zmusza jeszcze do włączenia co jakiś czas przenośnych fontann, jak to się dzieje np. na szczycieńskim pasażu prowadzącym w stronę jeziora (fot. 3). Chłodniejsze ranki i wieczory wieszczą już jednak nadchodzące zmiany…{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
ZA WYSOKIE PROGI

…by mogły przez nie przejechać samochody, przykręcono do nawierzchni zatok postojowych przy jednej ze szczycieńskich sieci handlowych (fot. 4). Rozwiązanie kosztowne, ale przydatne: korzystają zarówno kierowcy, którzy nie uszkodzą sobie pojazdu w przypadku niższego zawieszenia, jak i piesi mający więcej chodnika dla siebie. Tego typu ograniczniki montowane są oczywiście i w innych polskich miastach – tam, gdzie zmotoryzowani chcą mieć zbyt dużo przestrzeni dla siebie i zapominają o innych. Podobnych progów przydałoby się w Szczytnie znacznie więcej – rzeczywistość wygląda zazwyczaj jak na fot. 5.
WIEŻE PO PRZEJŚCIACH
Wież ciśnień, pobudowanych jeszcze przed I wojną, w naszym województwie jest sporo. Nie pełnią już one swojej pierwotnej funkcji (choć, o czym nie wszyscy wiedzą, tu i ówdzie całkiem niedawno jeszcze pełniły). U nas jakoś to nie wychodzi, ale w paru miastach podjęto się skutecznie trudu, by te ponadstuletnie obiekty nie popadły w ruinę i zostały przekształcone w turystyczne atrakcje.
Kilka lat temu pisaliśmy o wieży ciśnień w Gołdapi – po renowacji stała się ona m.in. ciekawym architektonicznie punktem widokowym. Od ponad 10 lat można wejść na podobną wieżę w Giżycku (fot. 6), podziwiać stamtąd panoramę miasta, popijając kawę zakupioną w bufecie. W drodze na samą górę wspinający się mają okazję oglądać rozmaite wystawy. A jeszcze jakiś czas temu chętnych do podziwiania z wysoka uroków miasta witała tabliczka widoczna na fot. 7. Dzisiejsza wieża w Giżycku to turystyczna atrakcja, uwieczniona również na monetach wchodzących w skład serii poświęconej ciekawym obiektom Warmii i Mazur.
Bliżej mamy do Pisza, w którym od 5 lat jedna z tamtejszych wież ciśnień wygląda tak: (fot. 8). Obok znajduje się zdemontowana kopuła zastąpiona po renowacji obiektu nową. Dobudowano także (na dole) część, w której ulokowano bistro serwujące niedrogie naleśniki. Przed wieżą znajduje się wybudowany w ramach projektu parking. Osoby starsze i ze słabszą kondycją mogą wjechać na górę windą – podobnie jest w Giżycku. Całość kosztowała ponad 5 mln, a inwestycję realizował (z wykorzystaniem funduszy unijnych) samorząd. Można? Można.
Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, nie wszystko w obu miastach poszło lekko, łatwo i przyjemnie. Przyjemnie jest teraz, ale np. w Giżycku między zakupem budynku przez prywatnego przedsiębiorcę a oddaniem wieży do zwiedzania przez turystów upłynęło 11 lat. W Piszu z kolei wieża w trakcie prac nieco się przechyliła (jej prostowanie podniosło koszta), a wkrótce po otwarciu… wokół obiektu stanęły rusztowania, bo było coś nie tak z oknami. Obecnie wszystko jest ok i „Kurek” mógł za piątaka wspiąć się bezpiecznie na 10 piętro, by podziwiać z góry Puszczę Piską, fragment jeziora Roś i ładnie wyglądające miasto. U nas niby podobne widoki mamy z wieży ratuszowej, ale to jednak coś innego.
NOSTALGICZNIE W OLSZYNACH

Nieco starsi Czytelnicy „Kurka” pamiętają z pewnością fakt, że jeszcze nie tak dawno temu do Szczytna i ze Szczytna jeździły w wybranych relacjach autobusy kursujące jedynie we wtorki i piątki, czyli u nas dni targowe. Dziś rynek otwarty jest praktycznie – poza niedzielami i świętami – przez cały tydzień. Inna sprawa, że ludzi tu jakby mniej. Zupełnie inny dzień otwarcia ma nieco inne targowisko, zwane giełdą staroci. Organizowana jest ona od parunastu lat w niedzielę w Olszynach, przy wyjeździe z tej wioski w stronę Ostrołęki. Zjeżdżają się tu handlarze z innych powiatów i województw ościennych, oferując najrozmaitszy towar (fot. 9). Niektóre drobiazgi można kupić dosłownie za złotówkę. Jest i asortyment znacznie droższy, ale handlujący niejednokrotnie z miejsca obniżają cenę.
Ci, którzy lubią tego typu klimaty, mogą w Olszynach znaleźć coś dla siebie, ewentualnie ciekawie spędzić czas. Na ławach i plandekach znajdziemy wystawione wyroby rękodzielnicze, maszyny do pisania, monety, zabawki czy meble. Uwagę „Kurka” przyciągnęły popularne za komuny przypinki do mat ze znajdującymi się tam np. herbami polskich miast (fot. 10). Kiedyś można było to nabyć w większości kiosków. Wśród odwiedzających giełdę nie brak rodziców z dziećmi – te ostatnie zobaczą, w jakich wózkach spędzali czas niemowlęctwa ich rówieśnicy sprzed parudziesięciu lat (fot. 11). W Olszynach spotkamy również handlujących mającymi już swoje lata książkami. Z ciekawości możemy sięgnąć choćby do kilkutomowego dzieła opisującego (z niewłaściwej zapewne perspektywy) historię ZSRR. Inne pozycje ironicznego uśmieszku budzić nie powinny, ale czy znajdą nabywców?
-Tołstoj – do śmieci, major Sucharski – do śmieci – ubolewał jeden ze sprzedających, rodem z powiatu działdowskiego.
KURKI MAZURSKIE
„Kurek” z grzybów najbardziej lubi oczywiście kurki. I dlatego podczas krótkiej wyprawy w miniony weekend nazbierał ich w niespełna godzinę więcej niż dni w roku (fot. 12) – mowa, rzecz jasna, o sztukach, nie kilogramach. A wszystko to w lesie między Sędańskiem i Janowem, ale na powierzchni zaledwie kilkadziesiąt na kilkanaście metrów. Złośliwi powiedzą, że ślepej kurze trafiła się kurka, wygląda jednak na to, że niedawne opady wpłynęły pozytywnie na grzyby. Co najmniej kurki, bo innych raczej nie widzieliśmy.
Tekst i foto (w większości)
G. P. J. P.{/akeebasubs}
