Zdawałoby się, że styczeń jest miesiącem zimowym, tymczasem nic na to nie wskazuje. Śniegu nie widać, globalne ocieplenie dowodzi, jak tylko może, swego istnienia. Wiosenne roślinki wyskakują z podziemia, a kilka dni temu słyszałem nad Szczytnem klangor żurawi.
W przedpokoju naszego domu starannie wypucowana na zimowy sezon watowana kurtka wisi bezużytecznie na wieszaku. Podobnie oryginalna, skórzana czapka-uszanka, którą przed laty przywieziono mi w prezencie z ukraińskiego Doniecka. Chodzę zatem po mieście w przewiewnym płaszczyku oraz kapeluszu, a jedyne co mam przy sobie zimowego, to opony na kołach samochodu. Wkładając kapelusz przyszło mi na myśl, że jest to nakrycie głowy dzisiaj mało popularne, a w Szczytnie niemal zupełnie nieużywane. Mógłbym po nazwisku wymienić tych kilku miejscowych panów, którzy, podobnie jak ja, pozostali wierni owemu tradycyjnemu okryciu. Napisałem tradycyjnemu, bowiem jest to rodzaj nakrycia głowy o długiej historii, pełnej symbolicznych znaczeń.
Mniej więcej do połowy ubiegłego wieku kapelusz noszono nie tak jak dzisiaj do płaszcza, czy jesionki, ale o każdej porze roku, jako nieodłączną część ubrania.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W XVII wieku, na dworze Ludwika XIII zainicjowano noszenie peruk przez panów. Wkrótce zaczęto je pudrować białym, perfumowanym pyłkiem, uzyskiwanym ze skrobi. Przestano wówczas wkładać na głowy kapelusze, ale nigdy się z nimi nie rozstawano. Były absolutnie niezbędne, aby w każdej chwili móc wykonać stosowny, dworski ukłon. Ano właśnie. Powitanie przy użyciu kapelusza nazywamy ukłonem i brzmi to godnie i szlachetnie. W przeciwieństwie do powitania poprzez zdjęcie czapki. Czasownik „czapkowanie” nie brzmi najlepiej. Czapkuje się komuś, natomiast nigdy nie „kapeluszuje”.
Przenieśmy się w czasy bliższe współczesności. Noszone obecnie kapelusze powstały poprzez ewolucję pierwowzoru, jakim był cylinder. Tradycyjny, wysoki, czarny i błyszczący cylinder jest jeszcze i dzisiaj używany w kręgach dyplomatycznych, a także w środowisku europejskiej arystokracji, ale tylko do fraka i wyłącznie wieczorem. Nigdy w dzień. Jeśli spotkamy w pełnym świetle dnia faceta w cylindrze, to będzie to bez wątpienia kominiarz.
Mało wygodny i nazbyt dostojny cylinder z czasem ewoluował, przekształcając się w melonik, czyli „dęciak”, popularny jeszcze i dzisiaj w Anglii. Tradycyjny melonik ma główkę usztywnioną, ale wkrótce wymyślono melonik miękki. Później wgnieciono mu wierzchołek i tak powstał pierwszy z całej serii współczesnych, męskich kapeluszy. Ten inauguracyjny model nazwano w Polsce, w latach pięćdziesiątych, eden od nazwiska ówczesnego brytyjskiego premiera, znanego z elegancji. Dalej, to już było „z górki”. Powstało wiele odrębnych modeli, różnie ponazywanych.
A teraz, co do czapek. Dzisiejszy świat zdominowała wszechobecna bejsbolówka. Zasady gry nazwanej baseball oficjalnie sprecyzowano w Nowym Jorku, w roku 1845. Od ponad 170 lat istnieje zatem owo nakrycie głowy. Niegdyś wyłącznie sportowe, dzisiaj wszechobecne latem. Zimą natomiast niemal wszyscy Polacy noszą takie jakieś dziwne czapeczki, co to niby udają tradycyjnie uformowany kaszkiet, ale nie mają normalnego daszka, tylko jego iluzję. Modelowym przykładem jest aktualna czapka pana prezesa PiS. Mnie osobiście jest żal, że zniknęła gdzieś różnorodność tego typu nakrycia głowy. Za lat mojej młodości panowała snobistyczna wręcz moda na indywidualną wyjątkowość noszonej czapeczki. Kupowało się, czy raczej „zdobywało” kaszkiety-leninówki (wykonane dokładnie wg historycznego wzorca), czapki a` la Sherlock Holmes, berety różnego kształtu, idiotycznie zabawne pilotki (taką miał na sobie Marek Siudym, jadąc wozem w filmie „Miś”), albo degolówki w formie kepi. Zimową porą dodatkowo ciepłe, ruskie uszanki, lub przedziwne, futrzane czapy, na wzór amerykańskich traperów.
Trochę mi żal tamtej wielobarwności. Mam w domu kilka nietypowych czapek. Choćby wspomniana uszanka, czy taka trochę „szwejkowa” czapka litewskiego żołnierza. Na co dzień używam jednak kapelusza, bo czuję się lepiej, gdy moje włosy mają nad sobą warstwę powietrza, a nie są przyklepane.
Moim czytelnikom kłaniam się ukłonem dworskim.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
