Nadeszła kolejna jesień. Smutna pora roku. Między innymi dlatego, że to najczęściej jesienią opuszczają nas nasi najbliżsi. A także ci dalsi, ale doskonale nam znani i kochani artyści teatru oraz filmu. W ostatnich dniach odszedł Franciszek Pieczka, a kilka dni wcześniej Kazimierz Mazur. Chciałbym w dzisiejszym felietonie przypomnieć obu aktorów.

Zacznę od Franciszka Pieczki. Aktor wspaniały. Wręcz niezwykły. Gdyby jeszcze kilka dni temu ktoś zapytał mnie, których z polskich, żyjących aktorów uważam za arcymistrzów sceny i filmu, wymieniłbym Gajosa oraz Pieczkę. Dzisiaj z tych dwóch wielkich artystów żyje już tylko Janusz Gajos. Franciszek Pieczka zmarł mając lat 94. Bardzo poważny wiek. Czy ktokolwiek potrafi, mając tyle lat, pracować? No właśnie. Tymczasem proszę sobie wyobrazić, że Franciszek Pieczka, rok temu (2021), zagrał w słuchowisku Radia Dla Ciebie, w sztuce „Moralność Pani Dulskiej”, Felicjana Dulskiego. Partnerowała mu Barbara Krafftówna. Tutaj dodam, że pani Barbara była rówieśniczką mistrza Pieczki. Urodzili się w roku 1928. Niestety oboje już nie żyją. Wykreowane postacie radiowego spektaklu to były ich ostatnie role.

A jak to się zaczęło?{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Franciszek Pieczka ukończył warszawską szkołę teatralną PWST w roku 1954 i zadebiutował w Teatrze Dolnośląskim w Jeleniej Górze. Musiał odznaczać się talentem, skoro już po jednym sezonie, dyrektorka Teatru Ludowego w Nowej Hucie Krystyna Skuszanka zabrała go do siebie. Skuszanka była bardzo znaczącą artystką teatru (reżyserką) i jej zaproszenie do współpracy stanowiło prawdziwe wyróżnienie. Ale największy zaszczyt spotkał Franciszka Pieczkę, kiedy słynny dyrektor Zygmunt Hübner, w roku 1974, zaprosił go do zespołu Teatru Powszechnego w Warszawie. Za czasów dyrekcji Hübnera teatr ów był uważany za najlepszy w Polsce. Konkurować z nim mógł jedynie Teatr Stary w Krakowie, którym zresztą, nieco wcześniej, także dyrektorował Zygmunt Hübner. Z tym zespołem Franciszek Pieczka przepracował czterdzieści lat. Już po swojej pierwszej dużej roli w Teatrze Powszechnym, Pieczka zyskał prawdziwą sławę. W roku 1975 wystawiono „Lot nad kukułczym gniazdem” Przedstawienie było znakomite, a rolę Pieczki (indiański wódz Bromden) powszechnie uznano za genialną. Ja też tak uważam. Spektakl obejrzałem dwukrotnie. Tak mnie zafascynował. Dodam, że oglądałem także, w latach siedemdziesiątych, wiele innych jego ról teatralnych, ponieważ w Teatrze Powszechnym miałem kilkoro przyjaciół aktorów, zatem często tam bywałem. Czasem znajomi zapraszali mnie na premiery, a wówczas, podczas popremierowych bankietów, poznałem Franciszka Pieczkę. Był to człowiek spokojny, niesłychanie mądry, przystępny, a także życzliwy dla wszystkich. Koledzy aktorzy (i aktorki) po prostu go kochali. I oto, w roku 1989 zmarł Zygmunt Hübner. Po jego śmierci zmieniali się kolejni dyrektorzy teatru. W roku 2014 nowy dyrektor Paweł Łysak zwolnił z teatru Franciszka Pieczkę. Przy okazji także Kazimierza Kaczora. Powinienem teraz napisać choć trochę o filmach, w jakich zagrał Pieczka. Ale na ten temat można dużo usłyszeć i zobaczyć w telewizji. Nie będę zatem opisywał czytelnikom postaci z Czterech Pancernych, albo Potopu. Natomiast przypomnę, że w takich filmach jak „Żywot Mateusza”, czy „Jańcio Wodnik” stworzył Franciszek Pieczka kreacje na miarę Oscara.

Chcę jeszcze napisać kilka słów o Kazimierzu Mazurze. Tak się składa, że znaliśmy się od wielu, wielu lat. Właściwie jeszcze od czasów jego studiów w szkole teatralnej (lata 70.). Dużo później spotykaliśmy się dość często w klubie aktorów „Scena”. Kazik to bardzo interesująca postać. Zadebiutował w filmie „Noce i Dnie” jako Tomaszek, syn Barbary i Bogumiła Niechciców. Później grał w serialach i filmach. Od dawna można go było podziwiać w „Barwach szczęścia”. Nie grał zbyt wiele, bowiem około 20 lat temu zamieszkał ze swoją drugą żoną, sławną kompozytorką Katarzyną Gärtner, w gospodarstwie koło wsi Komaszyce pod Kielcami. Tam, między innymi, hodował kozy. Przypomnę, że jego żona, znakomita artystka, ściśle współpracowała z Agnieszką Osiecką. Skomponowała melodie do wielu jej piosenek. Na przykład „Małgośki”. Co do Kazika, to wymyślił on sobie dość ekscentryczny sposób na życie. Już w roku 1995 założył własny Rodzimy Kościół Polski czerpiący wzory z pradawnych, słowiańskich tradycji. Kościół ów przez lata rozwinął się i działa nadal. Pogrzeb Kazika, w Wołominie, odbył się zatem według starosłowiańskich zasad.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}