Koński temat rozpocząłem przed tygodniem. Dzisiaj kontynuacja. Co prawda „koń jaki jest każdy widzi”, ale mało kto widział na żywo prawdziwego „araba”, a także tylko nieliczni, poza pasjonatami, wiedzą o co tu właściwie chodzi.

Konie żyjące od wieków na arabskich pustyniach odznaczają się niezwykłą wytrzymałością, a także szybkością. A przy tym, mimo że są silne i sprawne, wyglądają niezwykle delikatnie. Uchodzą za niedościgły wzór końskiej urody.
Konie z domieszką krwi arabskiej znano w Polsce od wieków. Zwłaszcza na wschodzie kraju. Ich wielbicielem był król Stanisław August, który miał własną hodowlę w Knyszynie na Podlasiu. W roku 1506 książęta Sanguszkowie założyli stadninę w Sławucie na Wołyniu. Stadnina przetrwała 400 lat, do rewolucji w roku 1917, kiedy to bolszewicy zamordowali księcia Romana Damiana Sanguszkę. Konie z jego stadniny miały wprawdzie przodków sprowadzonych z pustyni, ale nie prowadzono wówczas szczegółowych ksiąg rodowodowych, toteż ich pochodzenie nie zawsze było oczywiste. Na początku dziewiętnastego wieku, czyli dwieście lat temu, zorganizowano pierwsze wyprawy na pustynie Arabii po konie czystej krwi. Z każdej ekspedycji przywożono do Polski po kilkadziesiąt zwierząt. Ostatnią z takich wypraw zorganizowała rodzina Sanguszków w roku 1931. Sprowadzono wówczas do Polski, między innymi, słynnego ogiera nazwanego Kuhailan Hafi. Był to najwspanialszy koń arabski jaki kiedykolwiek zagościł na naszych ziemiach. Do dzisiaj, w Janowie Podlaskim, żyją potomkowie owego słynnego ogiera. Sto lat wcześniej, w latach czterdziestych XIX wieku, Juliusz Dzieduszycki sprowadził z pustyni trzy klacze – Mlechę, Saharę i Gazellę. Najcenniejsze konie hodowane dziś w Janowie Podlaskim mają w rodowodzie pra, pra… babkę Gazellę. Te rumaki posiadają prawie dwustuletnie rodowody. Najprawdziwsza arystokracja!
Jak już wspomniałem w felietonie sprzed tygodnia, poznałem stadninę w Janowie Podlaskim i zetknąłem się z hodowlą koni czystej krwi arabskiej w roku 1994. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
I tutaj muszę wyrazić swoją niechęć odnośnie decyzji odwołania dotychczasowych prezesów stadnin w Janowie Podlaskim i Michałowie. Marka Trelę (Janów Podlaski) znam osobiście. 38 lat temu zaczynał w stadninie jako weterynarz. Z czasem stał się wybitnym, hodowlanym znawcą. Potrafi wymienić wszystkie liczące się konie arabskie. Nie tylko w Polsce. Wie, które można sprzedać, a które należy mieć u siebie dla rozwoju hodowli. Latając po świecie, także jako międzynarodowy sędzia na końskich konkursach, zna chyba wszystkich, światowych fanatyków koni czystej krwi arabskiej. Choć to na ogół milionerzy, jest on dla nich równorzędnym partnerem, a nawet autorytetem. Dzięki temu mógł zawsze naprawdę dużo załatwić dla janowskiej hodowli. Bez wątpienia błyskawicznie znajdzie sobie pracę w największych światowych hodowlach. Szkoda tylko, że nie będzie to z pożytkiem dla Polski.
W programie telewizyjnym Daniel Olbrychski skomentował zmianę prezesa stadniny koni arabskich, porównując ją do zastąpienia dyrektora filharmonii - muzyka, szewcem. Coś w tym jest, choć ja bym może powiedział, że nie tyle szewcem, co kasjerem. Kasjer to jakby nie było ekonomista. Inni znani „koniarze” wypowiadają się podobnie. Szczególnie przypadł mi do gustu długi artykuł prasowy telewizyjnego prezentera Piotra Kraśki. Skądinąd instruktora jeździectwa. Pozwoliłem sobie w niniejszym felietonie zaczerpnąć z jego tekstu kilka historycznych faktów.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
