Koniec wakacji to początek końca turystycznego sezonu. W takiej mazurskiej miejscowości jak Szczytno, to jakby zapadnięcie w zimowy sen. Do wiosny. A ileż to działo się latem! Spróbujmy podsumować.
Mazury cud natury, to przede wszystkim okolice. Jeziora, lasy, malownicze pejzaże i niespotykane gdzie indziej ptaki. Ale także i miasta, które muszą dopasować się urodą do otoczenia. Jednym z brzydszych było powojenne Szczytno. Odbudowane centrum, czyli główna ulica to jakieś straszliwe wielkoblokowe, czy wielkopłytowe domiszcza mieszkalne oraz parterowe, handlowe pawilony. Owo zunifikowane, prymitywne budownictwo zastąpiło przedwojenne, stylowe kamienice. No cóż, miasto było w ruinie, w dodatku miasto poniemieckie, komu tam chciałoby się odtwarzać jego dawną historyczną urodę. Należało zapewnić ludziom możliwie dużo mieszkań i tyle. Na szczęście minęło trochę czasu i oto od kilku, a może już od kilkunastu lat, czyli od momentu kiedy po raz pierwszy to miasto ujrzałem, obserwuję niemal codzienne zmiany na lepsze.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
O wielu już pisałem. Ścieżki rowerowe, otoczenie jezior, park nad jeziorem małym, czy prawdziwa kąpielowa plaża nad jeziorem dużym to naprawdę wielkie kroki do przodu. Wielokrotnie słyszymy z żoną o tym od naszych zagranicznych gości, którzy co roku odwiedzają nas, a obecnie to może już nie tyle nas, co nasze miasto, które naprawdę pokochali. Obecnie gościmy mieszkającego w Hiszpanii Holendra, który podróżując po Niemczech i Polsce postanowił przed powrotem do domu spędzić weekend w Szczytnie i prosił mnie o rezerwację pokoju w hotelu „Krystyna”, bo tam zawsze jadał śniadanka najlepsze jakie zna.
Wróćmy do architektury. Z przyjemnością i zaciekawieniem obserwuję szybko postępującą budowę kamienicy, czy raczej kompleksu połączonych budynków ściany południowej placu Juranda. Jeszcze do niedawna zabudowanej dość obskurnymi pawilonikami. Autorką projektu jest architektka Renata Krempska – Kielin. Oglądałem jej rysunki elewacji budynku i bardzo przypadły mi do gustu. Obecnie z okna mojej pracowni w Muzeum Mazurskim mam okazję śledzić realizację założenia. Na części budynku jest już kładziony kolor na frontowej elewacji. Bardzo mnie cieszy, że kolorystyka wyraźnie nawiązuje do tonacji zabytkowego ratusza. Najważniejszego budynku na placu. Ciekaw jestem ostatecznego efektu zamysłu Renaty. Wręcz nie mogę doczekać się ukończenia prac.
Architektoniczny temat jest wprawdzie tematem sezonowym, ale dotyczy sezonu budowlanego, a nie turystycznego. Powspominajmy zatem, co też działo się w Szczytnie takiego, co można by nazwać promocją miasta.
Nie mogę nic mądrego napisać o dwóch miejskich imprezach uważanych za wiodące, to jest festynie „Dni i Noce Szczytna”, oraz o święcie kartoflaka. Nie brałem w nich udziału, toteż niewiele wiem na temat tegorocznych edycji. Tylko tyle co przeczytałem w prasie. Zatem nie będę wymądrzał się na temat owych wydarzeń, choć nieraz już dawałem wyraz swojej niechęci do ludycznych, miejskich festynów w niemieckim stylu. Także przeglądając sporo fachowej literatury prawie nie znalazłem żadnych odniesień co do mazurskości kartoflaka. Owszem, jest to potrawa znana w bardzo wielu regionach Polski. Najbliżej nas na Kurpiach – nazywana rejbak. Stąd zapewne popularność owego dania na szczycieńskiej ziemi, choć nie występuje ono w żadnych dawnych mazurskich książkach kucharskich (kilka przejrzałem). No, ale to jest jakby mało ważne. Pomysł to pomysł. Niech będzie kartoflak, choćby i mazurski, byle naród miał uciechę.
Niedawno w felietonie „Małe jest piękne” opisałem kilka tak zwanych niszowych imprez, które dla mnie stanowiły o wiele bardziej znaczącą promocję miasta niż wyżej wymienione. Dodam zatem, że jeszcze kilka średniej wielkości wydarzeń zachwyciło mnie ponad prowincjonalnym poziomem. Głupio mi o tym pisać, jako współorganizatorowi imprezy, ale zaimponowała mi publiczność Wieczoru Jazzowego w ruinach zamku. Mimo nieprawdopodobnej ulewy te dwieście, czy trzysta osób, które przyszły posłuchać starego jazzu w najlepszym wykonaniu nie opuściły widowni. Przeczekały deszcz i dotrwały do pogodnego końca, słuchając słynnego, pochodzącego z Ukrainy skrzypka Siergieja Wowkotrubowa.
Szczególnym akcentem zakończenia sezonu były wydarzenia związane ze świętem Wojska Polskiego oraz okrągłą rocznicą wybuchu pierwszej wojny światowej. Za mało mam miejsca, aby opisać to co dane mi było obejrzeć, ale nie mogę nie wymienić dwóch znakomitych imprez o charakterze wystawienniczym. Pierwsza to niezwykła instalacja plastyczna w kościele w Wielbarku. Autorem jest znany artysta z Kazimierza nad Wisłą Krzysztof Świdziński. Krzysztof to moje pokolenie, co oznacza, że zaczynaliśmy tworzyć pewnie jakieś około stu lat temu. Cieszę się, że nic artystycznie nie stracił on przez owe lata. Ekspozycja wprawdzie ma miejsce w Wielbarku, a nie w Szczytnie, ale organizowaliśmy ją wspólnie, a ranga i poziom plastycznej instalacji daleko wykracza nie tylko ponad poziom odbioru niewielkiego w końcu miasta, ale także całego naszego powiatu.
Drugą niezwykłą imprezą poświęconą rocznicy wybuchu wojny w 1914 roku jest ekspozycja w Muzeum Mazurskim w Szczytnie „Rok 1914. Szczytno i Okolice”. Takiej kolekcji historycznych zdjęć Szczytna, a także broni oraz elementów umundurowania walczących stron chyba nie można obejrzeć na żadnej polskiej ekspozycji. No może w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Wystawę oparto o zbiory naszego muzeum oraz prywatne kolekcje Sekcji Poszukiwaczy Towarzystwa Przyjaciół Muzeum w Szczytnie, to jest panów Janusza Gampfa, Eugeniusza Rudnickiego i Wiesława Ulatowskiego, a także olsztyńskiego kolekcjonera Michała Semczyszyna. Ich zbiory to kolekcja naprawdę imponująca.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
