Krakowskie klimaty

Tydzień temu, pisząc o literackich lokalach warszawskich, a także o kawiarnianej atmosferze w dzisiejszych czasach, czyli o jej braku, jako ilustrację zamieściłem zdjęcie znanej krakowskiej kawiarenki VISaVIS. Mieści się ona przy rynku, naprzeciwko słynnej PIWNICY POD BARANAMI. Dzisiaj, kiedy zasiadłem do pisania felietonu (już nr 296) przyszło mi do głowy, żeby spróbować „odkleić się” od mojego rodzinnego miasta, to jest Warszawy i napisać kilka zdań o najpiękniejszym grodzie w Polsce - Krakowie. Wiele mnie z nim niegdyś łączyło i mimo historycznej animozji między mieszkańcami dawnej i obecnej Stolicy Polski od zawsze to miasto uwielbiam i wciąż szukam pretekstu, aby ponownie je odwiedzić i ocenić kolejne zmiany. Ostatnio byłem tam we wrześniu 2013, oprowadzając po Krakowie kuzynki z Kanady.

Życie kulturalne tego wielkiego miasta niemal całkowicie skupia się na proporcjonalnie niewielkim obszarze jego starej części, ze szczególnym uwzględnieniem krakowskiego rynku. Tak było niegdyś i tak jest dzisiaj. Moja żona, która przed laty studiowała historię na uniwersytecie w Toruniu, a w Krakowie odbywała letnie praktyki studenckie opowiadała mi, że dla niej czymś fascynującym i niespotykanym gdzie indziej było to, że spacerując w obrębie starego miasta, pośród niezliczonych ogródków gastronomicznych, widywało się przy stolikach osoby znane z telewizji i prasy. Praktycznie można tam było zawsze spotkać postacie liczące się w mieście, a także w świecie. Takie to jest miasto. Wiem o tym sporo, albowiem moje doświadczenia sięgają czasów jeszcze bardziej zamierzchłych. Od mojej żony jestem po prostu starszy.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

W połowie i pod koniec lat sześćdziesiątych często odwiedzałem Kraków z powodów sentymentalnych. Byłem studentem, a na krakowskich uczelniach wyższych edukowały się dwie moje kolejne wielkie miłości. Jedna i druga rodem z Wrocławia, ale to już zupełny przypadek. W tym okresie poznałem wielu studentów Wyższej Szkoły Teatralnej. Pośród nich Krzysia Maternę oraz Janusza Rewińskiego. Przyjeżdżali później do Warszawy na Juwenalia i bywało, że Janusz nocował w domu moim i moich rodziców. No, ale to byli studenci. Podobnie jak ja podziwiali spotykanych w niezliczonych kawiarniach mistrzów sceny, z tym, że dla mnie były to postacie z telewizji i filmu, a dla nich profesorowie uczelni. Pośród studentów Szkoły Teatralnej wyróżniał się poczuciem humoru i obfitą prezencją pewien grubas, Jan Prochyra. Dziś znany aktor i reżyser, wieloletni dyrektor teatru RAMPA w Warszawie, a także wykładowca akademicki. Nasza przyjaźń z Jasiem trwa po dziś dzień. Nic się nie zmienił. No, może trochę schudł.

Dwadzieścia lat później, na przełomie lat 80. i 90., zacząłem organizować prywatne galerie sztuki. Po otwarciu trzech galerii w Warszawie postanowiliśmy z moimi dwiema wspólniczkami zaryzykować w Krakowie. Udało nam się otworzyć, w podziemiach świeżo wyremontowanego hotelu „Grand” przy ulicy Sławkowskiej, galerię sztuki TAB. Nazwa pochodziła od pierwszych liter imion wspólników – Teresa, Andrzej, Barbara. Po dwóch latach zrezygnowaliśmy z przyczyn natury technicznej i galerię przekazaliśmy w ręce naszych krakowskich pracowników - wspaniale wykształconej artystycznie parze młodziutkich ludzi. Galeria pod Grand Hotelem wciąż istnieje.

Wspomniany okres krakowskiego „galernictwa” wymuszał niezliczone wizyty w tym mieście. Jeździłem na ogół ja - jedyny mężczyzna w spółce. I to był okres moich najfajniejszych wspomnień z Krakowa.

Uwielbiałem spędzać czas w wymienionej już VISaVIS. Nigdy nie poznałem osobiście Piotra Skrzyneckiego, ale wystarczyło posiedzieć przy sąsiednim stoliku i słuchać o czym mówi do grona swoich przyjaciół. Obok „naszego” Grand Hotelu, w ogródku niewielkiej kawiarenki na Sławkowskiej przesiadywał Wielki Szu, czyli Jan Nowicki. Zawsze w kapeluszu i zawsze w towarzystwie jakiejś piękności. Tutaj dodam, pamiętając pana Jana z czasów kiedy jeszcze studiował, że był on wówczas autentycznym, zapalonym karciarzem. Toteż zapewne nieprzypadkowo, po wielu latach, wytypowano go do roli wielkiego szulera.

Na strychu nad Teatrem Starym znajdowały się pokoje gościnne dla aktorów. Na parterze, obok teatru, klub aktorów SPATiF. Niesłychanie alkohologenny kombinat. Pośród aktorskich rezydentów pokoików na strychu miałem sporo przyjaciół. Dość bliskim był mi nieżyjący już od piętnastu lat Jurek Bińczycki (Niechcic z „Nocy i dni”, albo profesor Wilczur - filmowy znachor). W tamtych latach byliśmy do siebie podobni fizycznie. Obaj grubawi, z brodami i… nazwijmy to tak - poczciwość wyzierała nam z oczu. W klubie SPATiF uważano nas za braci, a my nie dementowaliśmy owego błędnego domniemania. Fajnie było. Wciąż kocham Kraków i chyba powrócę jeszcze do opowiastek z nim związanych.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}