Powyższy tytuł powinienem zakończyć znakiem zapytania, ponieważ wątpię, czy w dzisiejszej rzeczywistości książka jest wciąż jeszcze podarunkiem mile widzianym. Pomijając czytelników leciwych, czyli w wieku zbliżonym do mojego, to kogo dzisiaj interesuje dobra beletrystyka?

Książka - świąteczny prezent
Empik u zbiegu Ulicy Nowy Świat i Alej Jerozolimskich. Rysunek autora

Nawet wydawnictwa z kuchennymi przepisami cieszą się coraz mniejszą popularnością, bowiem większość gospodyń już nauczyła się posługiwać internetem, przynajmniej w zakresie znalezienia gastronomicznej receptury. Jako przykład dzisiejszej wiedzy o czytelnictwie opowiem prawdziwą historyjkę sprzed kilku miesięcy. Przesiadywałem wówczas na wieży ratuszowej, obsługując turystów. Kiedy nie było gości, czytałem książki. Pewnego dnia sympatyczna rodzina zastała mnie nad lekturą. Ojciec dwojga małych dzieciaków, pan w wieku około 35 lat, zauważył tytuł odkładanej książki. Akurat przeglądałem „Chłopów” Reymonta. - O - zdziwił się turysta. - Ja chyba kiedyś miałem to w szkole, ale nic nie pamiętam. A pan, to dużo czyta? - No czytam - odpowiedziałem. - Ile pan przeczytał książek w swoim życiu - spytał ojciec rodziny? - A jak pan sądzi? - z kolei ja zadałem pytanie. - No, na pewno ze sto - z szacunkiem odparł turysta.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Wówczas udzieliłem mu następującej informacji. - Wie pan, ja czytam literaturę dość regularnie, gdzieś tak od pięćdziesięciu lat. Za młodu czytałem dwie, a nawet trzy książki tygodniowo, dzisiaj znacznie mniej. Załóżmy więc ogólnie, że średnia wynosi jedna na tydzień. Wspomniane 50 lat, to 600 miesięcy, czyli 2400 tygodni. No to musiałem przeczytać tyle, mniej więcej, tomików. Mój gość patrzył na mnie nieco ogłupiały, zastanawiając się, czy to żart, czy też jakieś łgarstwo szalonego dziadka. Wreszcie pokiwał głową bez przekonania i zmienił temat rozmowy.

No to właśnie takim jestem reliktem przeszłości. Ale w moim pokoleniu jest to oczywistą oczywistością. W latach naszej młodości nie istniał jeszcze internet, a telewizja zaledwie raczkowała. Jedyną rozrywką, a także źródłem wiedzy były książki, prasa, radio i kino. Jeszcze jeden czynnik spowodował, pośród moich rówieśników, zamiłowanie do literatury. To polityka! Zabrzmiało dziwnie, ale tak właśnie było. Szkołę podstawową ukończyłem w roku 1959. Tuż po październikowej odwilży. Do tej pory dręczono nas, dzieci, socrealistyczną literaturą wschodnich przyjaciół z Kraju Rad. Głównie książeczkami o pionierach („Za godzinę zbiórka”, albo „Artek”), pośród których dominował „Timur i jego drużyna”. Także wciskano nam klasykę owego gatunku, czyli „Jak hartowała się stal” oraz „Historia o prawdziwym człowieku”. Do tych akurat powieści byliśmy zdecydowanie za młodzi, ale co tam! I oto nagle, choć może raczej „najpierw powoli, jak żółw ociężale” zaczęły ukazywać się na rynku książki autorów zachodnich. W tym amerykańskich. To był prawdziwy szok. Chodziłem już do liceum. Przedwojennej, warszawskiej szkoły imienia Mikołaja Reya. Międzywojenna inteligencja, jeśli tylko mogła, tam właśnie umieszczała swoje dzieci (oprócz „Reya” także w „Reytanie” i „Batorym”). Inspirowani przez rodziców chłonęliśmy tę światową literaturę. „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera, o zbuntowanym szesnastolatku, to była niemal biblia ówczesnej młodzieży. Ale pokochaliśmy także Ernesta Hemingwaya, a może jeszcze bardziej Erskina Caldwela. Literatura wręcz pochłonęła nas. I to coś wciąż odczuwamy.

Wróćmy do świąt i prezentów. Z ciekawości wybrałem się do szczycieńskiego Empiku, aby zaobserwować, co też ludzie aktualnie kupują. Tak w ogóle jest ich niewielu. A kupują wszystko, ale nie książki, choć jakaś starsza pani nabyła przy mnie coś dla dzieci. Zapewne babcia. W naszym Empiku mamy stoiska z zabawkami, grami, różnymi upominkami, także płytami i przyborami do rysowania. Oczywiście jest również prasa (taka jak w każdym kiosku) oraz, ma się rozumieć, książki. Ale to akurat stoisko, ostatnie z wymienionych, budzi najmniejsze zainteresowanie. To mnie zainspirowało do tego, aby przypomnieć, czym, przed laty, był dzisiejszy Empik.

Nazywało się to Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, czyli KMPiK. W skrócie Klub MPiK, fonetycznie empik. Sieć tych klubów zainicjowano w roku 1948. A pierwszym z nich był lokal na parterze starej, zabytkowej kamienicy, przy placu Unii w Warszawie. Jakże doskonale pamiętam to miejsce, choć dopiero na początku lat sześćdziesiątych, jako licealista, a później student stałem się jego bywalcem. Nie było tam jakichś upominków, gadżetów, czy innych dyrdymałów. Tylko książki i prasa. Coś z tego można było kupić, ale bardzo wybiórczo. Polityczna cenzura dominowała, jak wówczas wszędzie. Co do prasy, to były to niemal wyłącznie periodyki polskie oraz „demoludów”, aczkolwiek w klubowej czytelni, bez zakupu, można było przejrzeć sporo gazet zachodnich (starannie dobranych). No, ale trzeba było znać języki obce. Panie uwielbiały przeglądać, nigdzie indziej nie dostępne, światowe żurnale. Czytelnia prasy była prawdziwym, kawiarnianym klubem z kawą i ciasteczkami. Dzisiaj typowy propagandzista (np. pisowski) skomentowałby moją opowiastkę, że ten salon miał na celu komunistyczne pranie mózgów. Zmieniłby zdanie, gdyby żył wcześniej i miał okazję rozejrzeć się po twarzach bywalców klubu. Przedwojenna elita. Świadoma gdzie jest i po co. Także dla nas, młodych, czytanie radzieckich czasopism, napisanych po polsku, to był fantastyczny kabaret absurdu. Boki zrywać! Drugim historycznym, warszawskim „empikiem” był lokal na rogu Alej Jerozolimskich oraz ulicy Nowy Świat (dzisiaj rondo de Gaulla). To ten, pod którym niedawno policja gazowała demonstrantów. Tutaj pewna prywatna ciekawostka. W roku 1968, kiedy maszerowałem z grupą zbuntowanych studentów, dokładnie w tym samym miejscu totalnie nas spałowano i zagazowano. Czyżby w policji celebrowano starą, milicyjną tradycję?

Muszę już kończyć. Jeśli chodzi o książki, polecam naszą miejscową księgarnię „Fraszka”. Tylko tam miewam okazję spotkać niedobitki dawnej, czytającej inteligencji, a także kompetentny personel.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}