Z racji uprawianych zawodów przez całe życie obracałem się w świecie ludzi związanych z życiem kulturalnym.
Zarówno artystyczną bohemą, jak i urzędniczym aparatem odpowiedzialnym za instytucje kultury. Zawsze uważałem, że nieodłączną cechą wszystkich tych osób powinno być poczucie humoru, które uważam za niezbędny składnik artystycznej wrażliwości. Tymczasem słuchając licznych telewizyjnych i radiowych wypowiedzi aktualnego ministra kultury doszedłem do wniosku, że moje osobiste kryterium nie jest w tym środowisku żadną regułą. Postanowiłem więc rozejrzeć się jak to wygląda w szerszym gronie. Dzisiaj i w latach minionych.
Zacznijmy od „rankingu” ministrów kultury. Proszę sobie wyobrazić, że w okresie powojennym, czyli przez 75 lat (od roku 1944) funkcjonowało ich 35. To znaczy, że każdy rządził około dwa lata. Oczywiście ujmując rzecz statystycznie. W PRL nieco dłużej niż owe dwa lata, a w aktualnej Polsce odrobinę krócej. Co tak naprawdę można zdziałać wiekopomnego przez niecałe dwa lata pracy? Pytanie retoryczne. Gdyby przeciętnego Polaka spytano o jakich słyszał powojennych artystach, to nawet największy laik wymieni przynajmniej kilkanaście nazwisk. A kto pamięta choćby kilku ministrów od kultury? Ja akurat pamiętam, bowiem niektórych miałem okazję poznać osobiście. Przypomnę zatem kilku. Anegdotycznie.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Wyjątkowo długo, w latach sześćdziesiątych, ministrował w kulturze Lucjan Motyka. Z zawodu był robotnikiem budowlanym. Wykształcenie średnie. Ale był to człowiek przyzwoity i otwarty na świat. Sprzyjał młodzieży. Zapewne dlatego, że jego córka Ania śpiewała w pierwszym składzie zespołu „Partita” (między innymi z Alicją Majewską). Opowiadał mi Andrzej Woyciechowski, późniejszy twórca Radia ZET, a w tamtych latach młody, ale doświadczony tłumacz języka francuskiego, jak to został zaproszony przez Motykę do tłumaczenia jego spotkania z wietnamską delegacją. Przypomnę, że w Wietnamie trwała wówczas wojna. W pewnym momencie pan minister, podczas powitania gości, powiedział coś niezręcznego na temat Stanów Zjednoczonych, co mogło być przyjęte przez Wietnamczyków jako obraźliwe. Woyciechowski bez namysłu przekazał im w języku francuskim coś zupełnie innego. Dalej poszło gładko i elegancko. Następnego dnia Andrzej otrzymał telefon z ministerstwa. Pana ministra poinformowano o samowolnej interwencji tłumacza. Motyka zatelefonował osobiście. Zaprosił Woyciechowskiego do siebie, aby mu podziękować. Przyjął go w swoim gabinecie kawą i koniakiem, a także wręczył eleganckie podziękowanie na piśmie. Czyli pan minister pokazał klasę. Rzadki okaz pośród peerelowskich bonzów.
Inny wypadek przy pracy miał znacznie już późniejszy minister Stanisław Podkański. Z wykształcenia historyk. Zarządzał kulturą krótko (1996-1997). Tenże nakazał swoim pracownikom zorganizować mu spotkanie z Józefem Czapskim, emigracyjnym pisarzem i malarzem. Czapski akurat trzy lata wcześniej zmarł we Francji, o czym w polskich środowiskach inteligenckich doskonale wiedziano i sporo artykułów na ten temat napisano w prasie. Tylko panu ministrowi jakoś zabrakło owej wiedzy. Widocznie studia i posada ministra to za mało, aby dołączyć do grona inteligentów.
Brak mi już miejsca, żeby napisać kilka dobrych słów na temat Waldemara Dąbrowskiego (minister w latach 2002-2005). Waldi, jak go nazywano, to postać z klasą. Poznałem go osobiście, zatem anegdotki na jego temat umieszczę w innym felietonie, a dzisiaj jeszcze kilka słów o poczuciu humoru artystów.
Nie mogę powstrzymać się, żeby nie wspomnieć Karola Strasburgera. Obecnie krążą w Internecie nagrania na temat jego wątpliwego poczucia humoru, opisujące zaprezentowany przez aktora dowcip o jajach. Wiele lat temu poznałem Karola. Szanuję go i cenię, toteż nie dołączę do grupy prześmiewców, ale... Już wiele lat temu koledzy z teatru (a i koleżanki także) przezywali go „inżynier”. Ze względu na uporządkowane, poważne i pedantyczne podejście do życia, dalekie od jakichkolwiek żartów i krotochwili. No cóż, Karol raczej nie jest aktorem komediowym.
Jakoś mało zabawnie wyszedł mi ten felieton, zatem na zakończenie anegdotka o innym aktorze. Wszechstronnym, toteż obdarzonym także talentem kabaretowym, czyli Macieju Stuhrze. Kiedy Stuhr zdawał egzamin wstępny do krakowskiej szkoły teatralnej, rektorem uczelni był jego ojciec Jerzy. Podczas egzaminu siedział on w gronie profesorów. Jeden z egzaminatorów sformułował kolejne zadanie dla kandydata, a brzmiało ono tak: „czy potrafiłby pan rozśmieszyć naszego pana rektora?”. Młody Stuhr bez namysłu odpowiedział, rozglądając się: „a który to?”. I tym zabawnym akcentem zakończę dzisiejszy tekst. Kilka anegdotek jeszcze mi zostało. Zatem do następnego razu.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
