W mieście Bielsko-Biała, na ścianie domu przy ulicy 11 Listopada, powstało malowidło pary plastyków Katarzyny i Macieja Szymonowiczów zatytułowane „Pasterz”, a inspirowane fotogramem naszego szczycieńskiego artysty Arkadiusza Dziczka.
Arek jest twórcą najwyższej klasy, nic też dziwnego, że jego fotogramy potrafią inspirować innych artystów. Bielsko-Biała to duże, śląskie miasto na prawach powiatu. Liczy ponad 170 000 mieszkańców. Warto dodać, że to właśnie w Bielsku-Białej, w tamtejszym Studiu Filmów Rysunkowych powstały takie niezapomniane dzieła animowanej plastyki jak seriale dla dzieci „Reksio”, „Bolek i Lolek”, czy „Porwanie Baltazara Gąbki”. Mieszka tam zatem i pracuje liczna grupa artystów malarzy i rysowników. To, że ktoś z tej grupy dostrzegł fotograficzną twórczość Dziczka, to oczywiście splendor dla Arka, ale warto zauważyć, że na uznanie zasługuje także para twórców ściennego malowidła za to, że chcą i potrafią szukać inspiracji i dostrzec prawdziwego artystę nawet w tak odległym mieście jak Szczytno.
Sztuka malowania ogromnych obrazów na ścianach miejskich budynków ma w Polsce długą tradycję. Trzydzieści lat temu ja także skakałem po rusztowaniach rozrysowując, a następnie malując tak zwane reklamy, bowiem w PRL duże państwowe firmy otrzymywały dość pokaźne fundusze na twórczość reklamową, ale z warunkiem, że dotacja ta będzie wykorzystana w taki sposób, aby zyskał na tym miejski krajobraz. Najlepszym na to sposobem było wytypowanie dobrze widocznych ślepych ścian. Takie ściany najpierw przygotowywano technicznie, to jest uzupełniano tynki i gruntowano powierzchnię białą farbą emulsyjną. Następnie stawiano rusztowania i wówczas mogli wkroczyć artyści plastycy. W Warszawie graficzny projekt w odpowiedniej skali musiał być zatwierdzony do realizacji przez architekta miasta oraz naczelnego plastyka, a także przez Komisję Rzeczoznawców MKiS.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Po zatwierdzeniu twórczego obrazka należało rzecz całą rozrysować w skali budynku, co stanowiło największe wyzwanie. Pamiętam pracę przy reklamie Mody Polskiej, naprzeciwko hotelu Forum - osiem pięter wysokości i czterdzieści metrów szerokości ściany. Gigantyczna płaszczyzna. Inna ogromna powierzchnia to ściana na rogu ulic Marszałkowskiej i Hożej. Nie pamiętam dla jakiej firmy była to praca, ale pamiętam, że malowaliśmy tam ogromne, kolorowe pawie. Na sześciopiętrowym budynku o podstawie około pięćdziesięciu metrów. Także moje pierwsze osobiste zetknięcie z Mazurami wiąże się z twórczością „ścienną”. Pod koniec lat siedemdziesiątych malowałem z kilkuosobową ekipą szczytowe ściany osiedla mieszkaniowego w Rucianem-Nidzie. Odtwarzaliśmy wizerunki tradycyjnych, mazurskich kafli. Szczególne utrudnienie jakie zapamiętałem to przygotowane przez miejscowego budowlańca prymitywne, drewniane rusztowania, rozchwiane i ledwo trzymające się ściany. Ryzykowaliśmy życiem, ale płacono nam solidnie, czyli było warto.
Trzymając się tematu, chciałbym przytoczyć zabawną anegdotkę. Pamiętam wprawdzie, że kiedyś już owo zdarzenie opisałem i będę się powtarzał, ale było to prawie cztery lata temu i nie sądzę, aby ktoś z czytelników zapamiętał tę opowiastkę. Otóż w latach osiemdziesiątych miasto Kaliningrad zapragnęło pomalować sobie jedną ze ścian. Nie mając w tej dziedzinie żadnych doświadczeń, władze miasta zwróciły się o pomoc do bratniego Olsztyna. Olsztyn też nie dysponował odpowiednimi fachowcami i sprawą zajęła się Warszawa. Stosowny projekt plastyczny wykonał, na podstawie nadesłanego zdjęcia, znakomity grafik Andrzej Radziejowski. Projekt przesłano do Kaliningradu, gdzie został w pełni zaakceptowany. Wkrótce potem pojechałem z trzyosobową ekipą, aby graficzne zamierzenie zrealizować na miejscu. Teraz muszę zaznaczyć, że Andrzej Radziejowski, malując swój obrazek pominął malutkie okienko znajdujące się tuż pod dachem. W niczym nie psuło ono autorskiej kompozycji, toteż Andrzej nie musiał nanosić jego kształtu na obrazkowy projekt.
Teraz pointa. Przyjeżdżamy pod kaliningradzką kamienicę i rozkładamy sprzęt, a tu nagle wybiega z domu płacząca staruszka. Z pretensjami do nas: „Co wy mnie chudożniki (malarze) zrobili! Dlaczego wy mnie zamurowali moje okienko?!”
Okazało się, że miejscowe siły przygotowujące ścianę do realizacji zauważyły, że projekt nie uwzględnia rzeczonego okienka, toteż zamurowały je nie bacząc na to, że było to jedyno okienko babcinego pokoiku na poddaszu. Oczywiście interweniowaliśmy i babuleńce okno przywrócono.
Dawne to były dzieje. Dzisiaj nastała epoka murali. Jest to zupełnie nowe artystycznie podejście do ściennej grafiki. Estetyka murali stworzona przez młodych artystów całkowicie odbiega od tradycyjnego pojmowania zasad kompozycji i kolorystyki. Jest wprawdzie bliska komiksowi, ale o wiele bardziej skomplikowana twórczo. Przyznam, że owo specyficzne pojmowanie sztuki fascynuje mnie. Od wielu lat stałą plenerową wystawą murali jest betonowe ogrodzenie wokół terenu wyścigów konnych na warszawskim Służewcu. Ilekroć jestem w Warszawie, staram się przejechać powoli samochodem wzdłuż owego muru. Zawsze wpadam w zachwyt. To jest tak twórcze i inne od tego czego mnie uczono, że tylko mogę żałować, iż z racji wieku, choćbym nie wiem jak chciał, to i tak nie potrafię sprostać tej nowej estetyce. Ale są przecież w Szczytnie młodzi, zdolni artyści. Może by tak stosowne władze miejskie, te od kultury, zaproponowały im jakąś choćby niewielką, ale widoczną ścianeczkę. Arek Dziczek jest na miejscu.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
