Kilka dni temu, 22 czerwca, zmarł Marek Karewicz. Postać wyjątkowa i wszechstronna, ale przede wszystkim znana w świecie, jako jeden z najsłynniejszych fotografików wyspecjalizowanych w fotografowaniu wykonawców muzyki rozrywkowej i jazzowej. Zwłaszcza jazzowej.

Marek Karewicz
Marek Karewicz, zdjęcie sprzed trzech lat. (Autor Czesław Czapliński)

Zanim napiszę o Marku, którego poznałem w roku 1974, krótkie wyjaśnienie użytego przeze mnie terminu fotografik. Zauważyłem, że wspominając Marka wielu dziennikarzy używa określenia fotograf. Błąd. Fotograf, to jest zawód. Rzemiosło. Natomiast fotografik to artysta, który stosuje w swojej twórczości techniki fotograficzne. Fotograf może być sumiennym wykonawcą zdjęć do paszportu, a fotografik powinien tworzyć romantyczne portrety. To trochę tak jak z malarzami. Co innego malarz pokojowy, co innego artysta malarz. Marek Karewicz ukończył najpierw pomaturalną szkołę fotograficzną, a później studiował na Wydziale Operatorskim Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Stosowną wiedzę techniczną zatem posiadł. Ale po ukończeniu edukacji nie rozpoczął żadnej komercyjnej działalności, w sensie typowego foto-zakładu, tylko od razu rzucił się w artystyczny wir fotograficznych szaleństw reporterskich.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

W swoim życiu zawodowym podpisywał się Marek A. Karewicz. Na drugie imię miał Andrzej.

Urodził się dokładnie 80 lat temu. Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych powstały w Warszawie dwa słynne studenckie kluby Hybrydy i Stodoła, Marek był dwudziestolatkiem. Wysokim, atrakcyjnym blondynem. Zawsze z nieodłącznym aparatem fotograficznym. Błyskawicznie zasłynął, jako znaczący rezydent obu klubów, a zwłaszcza Hybryd, gdzie uwielbiany przez dziewczyny (chyba wszystkie), uważany był za czołowego playboya owego kultowego lokalu. Karewicz fanatycznie kochał jazz, odwiedzał zatem także Stodołę, która była wówczas warszawskim centrum tradycyjnej formy tej muzyki. Fotografował artystów podczas koncertów muzycznych i robił to z niezwykłym wyczuciem scenicznego nastroju uchwyconej chwili. Poza jazzmenami uwieczniał także wykonawców popularnego w latach sześćdziesiątych big beatu, choć nie był wielbicielem tego rodzaju muzyki.

Na festiwalach jazzowych miał okazję fotografować także gwiazdy o światowej sławie, toteż jego fotogramy zaczęły pojawiać się w fachowych periodykach amerykańskich i europejskich. Marek A. Karewicz stał się sławny. Podróżował po całym świecie, od festiwalu do festiwalu i wykonał ponad milion zdjęć na scenach wszystkich kontynentów. Uwiecznił takie gwiazdy jak Dave Brubeck, Stan Getz, czy Ella Fitzgerald. Przez dwa lata podróżował ze słynnym Rayem Charlesem, jako jego „nadworny” fotograf. Ray Charles, mimo iż był artystą niewidomym, zawsze twierdził, że tylko zdjęcia wykonane przez Karewicza mu odpowiadają. On to wyczuwał. Marek jeździł także w trasę, jako fotoreporter, z najsłynniejszym chyba jazzmenem Milesem Davisem. Jeden z wykonanych wówczas portretów tak spodobał się Davisowi, że zamówił on gigantyczną odbitkę fotogramu i zawiesił ją na elewacji drapacza chmur nowojorskiego Manhattanu. Ta fotograficzna podobizna Milesa Davisa wisiała tam przez kilka miesięcy.

Wróćmy do Polski, bo Marek Karewicz wprawdzie jeździł po świecie, ale mieszkał w Warszawie. W Polsce zajmował się głównie projektowaniem okładek do płyt długogrających, w oparciu o własne zdjęcia. Zaprojektował ich kilkaset. Jeśli chodzi o nagrania jazzowe, a także bigbeatowe, to chyba wszystkie okładki z tamtych lat są jego autorstwa. Kiedy w roku 1974 projektowałem ekspozycję polskich osiągnięć w dziedzinie kultury, która to wystawa miała być zaprezentowana w Chicago, Marek Karewicz był moim doradcą w dziedzinie muzyki rozrywkowej. Właśnie wtedy go poznałem i ze zdumieniem zauważyłem, że na okładce każdej płyty, jaką chcieliśmy zaprezentować w USA, zawsze widniał podpis Marek A. Karewicz.

W roku 1993 Muzeum Mazurskie w Szczytnie przygotowało wystawę oryginalnych fotogramów Marka A. Karewicza, wykonanych do płytowych okładek zespołu „Czerwone Gitary”. Wystawę otwarto, a honorowym gościem był autor zdjęć. Po oficjalnym wernisażu miało miejsce przyjęcie w prywatnym ogrodzie ówczesnej kierowniczki muzeum w Szczytnie, Stanisławy Ostaszewskiej. Zachowało się kilka zdjęć z owego garden party. Marek był zachwycony gościnnością mieszkańców Szczytna. Wkrótce potem zapadła decyzja o zakupie owych autorskich fotogramów do kolekcji muzealnej. Transakcja doszła do skutku. Kilkanaście dużych, czarno-białych zdjęć, od ponad dwudziestu lat, przechowuje nasze muzeum. I oto tak się przedziwnie złożyło, że akurat w dniu śmierci Marka zmontowaliśmy na wieży ratuszowej wystawę „Krzysztof Klenczon”, prezentując wypożyczone z muzeum fotogramy Marka A. Karewicza. Wystawę tę można obejrzeć codziennie, w godzinach 12 -15.

Jeszcze kilka słów na zakończenie. Marek od lat zmagał się z ciężką chorobą. Był częściowo sparaliżowany i jeździł na wózku. Mimo to nie opuścił w Warszawie żadnej znaczącej imprezy muzycznej. Nie robił zdjęć, ponieważ miał bezwładną prawą rękę. Ale drugą miał sprawną, toteż firma Yashica, specjalnie dla niego, skonstruowała model aparatu fotograficznego, w którym migawkę uruchamia się ręką lewą. Marek prezentu nie przyjął, twierdząc, że lewą ręką nie można zrobić dobrego zdjęcia. Całkowicie zaprzestał fotografowania. Natomiast zdążył jeszcze napisać dwie książki: „Czas Komedy” (wspólnie z Dionizym Piątkowskim) i „Big beat” (z Marcinem Jacobsonem).

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}