Tydzień temu, z okazji smutnego wydarzenia jakim była śmierć mojego przyjaciela Janka Prochyry, opowiedziałem anegdotkę z życia studentów Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Tak się złożyło, że przed laty czynnie uczestniczyłem w akademickim życiu owej szkoły, a także udzielałem się towarzysko w Warszawskiej Wyższej Szkole Teatralnej, no i mojej macierzystej uczelni, czyli Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.

Przypominają mi się przeróżne zabawne sytuacje z tamtych czasów i chyba spróbuję dzisiaj opisać je, a to dla rozweselenia zarówno siebie, jak i moich czytelników. Kiedy w teatralnej szkole warszawskiej jedna ze studentek zdawała egzamin z piosenki, a wybrała sobie utwór Przybory i Wasowskiego „Katuj, tratuj, ja przebaczę wszystko ci jak bratu”, wymyśliła ona to sobie tak, że piosenkę tę zaśpiewa do portretu mężczyzny. Profesorem od form estradowych był wówczas Kazimierz Rudzki. Był zatem przewodniczącym komisji egzaminacyjnej i to jego przedstawiać miał rzeczony portret. Wiem na pewno, bo to ja podjąłem się narysowania karykatury profesora.
Zrobiłem z niego paskudnego typa, ale był podobny i rozpoznawalny. Kiedy egzamin rozpoczęto, tuż przed piosenką z Kabaretu Starszych Panów umówiony student wybiegł na estradkę i zawiesił ów portret. Była to niespodzianka i wszyscy zarechotali słysząc młodą panienkę śpiewającą pierwsze słowa tekstu Przybory: kiedy spotkałam go w knajpie „Pod Knotem”… Studenci architektury podczas każdych wakacji, wyjeżdżali zbiorowo na tak zwane praktyki wakacyjne. Na ogół powierzano im wówczas prace pomocnicze dla takiego, czy innego opracowania naukowego jednego z ich profesorów. Oni uczyli się, a on korzystał z rysunków i obmiarów jakie dla niego wykonali. Jednym z takich wyjazdów, w którym uczestniczyłem, była praktyka w Pępowie, w powiecie gostyńskim, gdzie pięćdziesięcioosobowa grupa studentów, pod nadzorem asystentów, a także profesora przez miesiąc inwentaryzowała miejscowy pałac starannie mierząc i rysując każdy z architektonicznych detali. Dziś jest to pięknie odrestaurowany, barokowy budynek, wówczas dom ten był na poły zrujnowanym magazynem PGR. Profesor, pan Czesław Krassowski, nie był z nami przez ten cały czas. Przyjeżdżał z Warszawy na kontrolę weekendową. Przy pierwszej wizycie przygotowaliśmy mu niespodziankę. W bramie wiodącej do pałacu spreparowaliśmy „wisielca”. Jeden z naszych przyjaciół, starannie ucharakteryzowany, przygotował się do zawiśnięcia na linie podczepionej do zabytkowego haka. Miał oczywiście stosowne, alpinistyczne szelki pod ubraniem. Ale wyglądał strasznie. Był wieczór. Kiedy doczekaliśmy się terkotu profesorskiego samochodziku nasz przyjaciel Jarek zadyndał, blokując przejazd. Profesor zatrzymał się, wysiadł, popatrzył chwilę, rozpoznał delikwenta i rzekł: no, no panie Gajewski. Miał pan już tego wszystkiego dosyć, czy to koledzy aż tak pana nie lubią? Praktykanci! Zabierzcie go, dajcie mu wódki, najlepiej butelkę i niech z tą wódką przyjdzie do mnie na rozmowę.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Tak się stało, a powitanie profesora (był to fantastycznie inteligentny i dowcipny facet na luzie) przemieniło się w niezłą balangę. Tenże sam Jarek Gajewski, student architektury – tak jak my wszyscy – był także znakomitym pianistą. W niedzielę odwiedzaliśmy miejscowy kościół i Jarek zaprzyjaźnił się z organistą, który pozwalał mu trochę pograć na kościelnym instrumencie. Któregoś dnia organista przyszedł do naszego pałacu z ogromną prośbą do Jarka. Miał jakiś rodzinny problem i nie mógł w niedzielę zagrać do mszy. Poprosił Jarka o zastępstwo. Nasz przyjaciel oniemiał, bo pojęcia nie miał o liturgii, czyli kiedy i co miałby zagrać. Ale organista ubłagał go mówiąc, że nieważne co, byle powoli, poważnymi akordami i z godnością. Szczerze mówiąc organiście z Pępowa daleko było do umiejętności pianistycznych Jarka, z czego zdawał sobie sprawę, doskonale zatem wiedział, że nic nie ryzykuje. No i student Gajewski zgodził się. Na niedzielnej mszy porannej byliśmy wszyscy. Jarek grał przepięknie i tak jakoś dostojnie. Improwizował. Słuchałem zachwycony. Zwłaszcza wtedy, gdy rozpoznałem, że jednym z utworów niesłychanie rozciągniętym muzycznie i zagranym z nieprawdopodobną godnością i powagą, to jest po kościelnemu był „Bal na Gnojnej”, czyli „harmonia z cicha na trzy czwarte rżnie…” Atoli nikt poza mną i kilkoma zaledwie kolegami nie połapał się co jest grane! Wróćmy jeszcze do braci aktorskiej. Marek Kondrat swój pierwszy po szkole sezon teatralny rozpoczął w teatrze w Katowicach, którego dyrektorem został wówczas Ignacy Gogolewski, wcześniej profesor szkoły teatralnej, opiekun roku na którym studiował Marek. Marek zagrał w spektaklu „Kroniki królewskie” na tak zwanej dużej scenie teatru. Na scenie zwanej małą grali w tym czasie jego koledzy z roku: Maciek Szary, Tomek Marzecki i Krzyś Kolberger. Występowali w sztuce „Hyde Park”. Nie grywali w te same dnie. Któregoś wieczora, a było to tuż przed świętami Bożego Narodzenia, wymienieni chłopcy grają sobie w najlepsze, a tu nagle na małą scenę wkracza Marek Kondrat z choinką i siekierą w rękach. Ucharakteryzowany na menela. Młodych aktorów na chwilę zamurowało, a Mareczek odezwał się następująco: Nie przeszkadzajta sobie chłopaki, grajta dalej, ja wam tu tylko świąteczną choineczkę postawię. I zabrał się dość hałaśliwie do postawienia choineczki. No a co mieli zrobić chłopaki? Ano, po chwili zamurowania grali dalej udając, że nic dziwnego się nie dzieje.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
