Emerytowany komendant wojewódzki straży pożarnej Stanisław Mikulak wspomina swoją strażacką służbę i związki z ziemią szczycieńską.

Wesele
Z mojej wieloletniej służby szczególnie zapamiętałem pożar szkoły w moich rodzinnych Nowych Kiejkutach. 1 października 1971 r. - niedziela - zapowiada się atrakcyjnie. Wyjeżdżamy z żoną i synem do Nowych Kiejkut na wesele mojej siostry Zofii. Ślub kościelny w tak dobrze znanym mi kościele w Dźwierzutach, a potem w moim rodzinnym domu weselne przyjęcie. Zabawa trwa w najlepsze, gdy około godziny 19.00 przybiega sąsiadka i krzyczy, że pali się szkoła. Nie mam innego wyjścia i w czarnym galowym stroju natychmiast jadę swoim trabantem do szkoły (ok. 500 metrów).
Pożar
Płoną budynki gospodarcze szkoły, obora i stodoła (drewniana) stanowiące jeden połączony obiekt ze szkołą (litera C). Jest silny wiatr w kierunku sąsiednich zabudowań mieszkalnych i gospodarczych. Przybyła miejscowa OSP jest bezradna, gdyż w Nowych Kiejkutach nie ma w ogóle wody do działań gaśniczych. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Beczkowozy
Przyjeżdża pierwszy samochód beczkowóz z ZSP w Szczytnie, kieruję go na podwórko szkoły z zadaniem przerwania ognia (na dachu obory) wchodzącego już na dach szkoły. Podają prąd wody z działka i powstrzymują na razie ogień. Jednak woda w beczkowozie szybko się kończy, ogień natychmiast odżywa. Beczkowóz odjeżdża do punktu napełniania i znów jesteśmy bezradni. W pewnym momencie zawala się płonąca drewniana stodoła, a żagwie ognia niesione silnym wiatrem zapalają pobliską stertę słomy, oborę i dużą stodołę w gospodarstwie Jeziorków. Ludzie wpadają w panikę, rozbiegając się do swoich domów, by ratować inwentarz. Ogień przerzuca się także na dach szkoły, z której prowadzimy ewakuację wyposażenia.
Akcja gaśnicza
Na szczęście wraca napełniony beczkowóz, a także w dość krótkim czasie przybywa około 10 jednostek straży w większości z beczkowozami. Wiem, że szkoły już nie uratujemy, więc w pierwszej kolejności prowadzimy obronę sąsiednich budynków mieszkalnych i inwentarskich - Pawelczyków, Klimczuków, Jeziorków, Kołakowskich. Są one zagrożone nadal płonącymi żagwiami przenoszonymi przez silny wiatr. Wprowadzam także w natarciu prądy wody do wewnątrz szkoły, by uratować chociaż parter budynku. Na szczęście wody podawanej przez dowożące ją beczkowozy oraz przez OSP z Nowych Kiejkut zaczyna wystarczać.
Powrót do Olsztyna
Około godziny 1.00 pożar lokalizujemy - obiekt szkolny prawie całkowicie spalony oraz 2 sąsiednie budynki (obora i stodoła), a także duża sterta słomy. Pomału robi się ciemno, jestem cały zmoczony, brudny i strasznie zmęczony. Przekazuję dowodzenie dowódcy ze Szczytna i wracam na wesele, „zabawa na całego” (ta część wsi nie była zagrożona). Żona się bawi z jakimś przystojnym facetem, a Darek (6-letni syn) nie śpi, bo jak twierdzi musi pilnować mamy. Nie jestem w stanie przystosować się psychicznie do nowej sytuacji i „strzelam” szklankę wódki, ale nie pomaga. Zbieram rodzinę do wyjazdu do domu, nie pomagają protesty rodziny - muszę opuścić Kiejkuty podminowane jeszcze powstałą paniką (to już drugi pożar w tej wsi w ciągu miesiąca). Po ujechaniu około 10 km alkohol zaczyna coraz intensywniej działać i nie jestem w stanie prowadzić samochodu. Za kierownicę przesiada się żona, jedzie z szybkością około 15 km na godzinę ze względu na dużą mgłę. Nad ranem dojeżdżamy do domu w Olsztynie i jeszcze dobrze nie udało mi się zasnąć, gdy zaczynają się telefony z prasy także warszawskiej o informacje dotyczące pożarów w Nowych Kiejkutach.
Stanisław Mikulak{/akeebasubs}
