Po raz kolejny odwiedziłem mojego znajomego spod Jedwabna latem 2002 roku. Wiele ciekawostek miał mi do zakomunikowania. Najważniejsze, że trzy lata wcześniej zawitała do niego pięcioosobowa rodzina z Niemiec, poprzedni właściciele jego majątku.

Moje ukochane miejsca
Leszek Mierzejewski

Odwiedził go 82-letni gospodarz, jego syn, 62-latek z żoną i 59-letnią córka z mężem. Krępowali się wejść do środka, zaglądali do obejścia przez bramę. Mój znajomy wyszedł im na powitanie i zapytał, czego potrzebują. Najstarszy z przybyszów odpowiedział łamaną polszczyzną, że oni tu przed 57 latami zamieszkiwali, a w 1944 roku uciekli przed Ruskami. - Zrozumiałem, że to właśnie rodowici właściciele tego majątku. Senior rodu, gdy uciekał miał 25 lat, żona o rok młodsza od dwóch lat nie żyje – opowiadał mi mój znajomy. Syn właściciela, gdy uciekali miał pięć lat, córka trzy. Po tylu latach dawni gospodarze przyjechali odwiedzić pierwszy raz ojcowiznę! Nie wiedzieli jak zostaną przyjęci. Mój znajomy gościł ich przez dziesięć dni! Cieszyli się z tak pięknie utrzymanego i rozbudowanego majątku. Dawni i obecni właściciele zostali serdecznymi przyjaciółmi. - W ubiegłym roku przez dziesięć dni gościłem z moją rodziną u nich, w Seelscheid niedaleko Kolonii. W tym roku zaprosiłem ich ponownie w odwiedziny, przecież u mnie nad samym jeziorem mają raj na ziemi, bo Mazury to cud natury! - cieszył się mój znajomy.

W późniejszych latach, gdy już i ja byłem statecznym obywatelem i zakorzenionym mieszkańcem Szczytna, ten sam przesiedleniec, ale już zakorzeniony Mazur, poprosił mnie, żebym szczerze odpowiedział mu, które z miejscowości najbardziej lubię po Szczytnie. Ułożyłem je w hierarchii ważności, patrząc z mojego punktu motywacji.

Na początku napomknąłem, że w Szczytnie najbardziej zakochany byłem w ulicy 1 Maja, tej z lat siedemdziesiątych, gdyż była to ulica mojej młodości – wystarczy, że spojrzę na wyblakłe zdjęcie z tego okresu, a serce bije mi jak oszalałe!

Ulica 1 Maja w Szczytnie, lata 70

Po Szczytnie sercem najbliżej jestem Śniadowa, bo tam się urodziłem, spędziłem szczenięce lata i z tamtych ziem pochodzi mój ród ze strony matki. Na drugim miejscu stawiam Tobolice koło Ostrołęki, gdyż z tej miejscowości wywodzi się rodzina mojego ojca. Trzecie miejsce zajmują Warchały koło Jedwabna, tam miałem swoją prywatną, letnią posiadłość. Był czas, że więcej czasu spędzaliśmy z rodziną w Warchałach niż w naszym domu w Szczytnie. Na czwartym miejscu bezsprzecznie stawiam Gdańsk, gdyż we Wrzeszczu spędziłem najpiękniejsze młodzieńcze lata. Tam skończyłem szkołę zawodową i technikum, tam przepracowałem pierwsze swoje pięć lat w Stoczni Gdańskiej. No i we Wrzeszczu mieszka moja córka, mój zięć i moja ukochana wnuczka Inga. Piąte miejsce w mojej hierarchii zajmuje Olsztyn, dlatego, że jest moim miastem wojewódzkim! W stolicy Warmii skończyłem drugie technikum mechaniczno – elektryczne. Tu trzy lata studiowałem w Wyższej Szkole Rolniczej w Kortowie, gdzie była filia wydziału technologii drewna Akademii Rolniczej z Poznania.

Na szóstym i siódmym miejscu stawiam równorzędnie Łódź i Poznań. Do tych miast mam identyczny sentyment, z lekką przewagą Łodzi. Tam i tu skończyłem studia. W Poznaniu na Akademii Rolniczej - inżynierskie, na Wydziale Technologii Drewna. W Łodzi mechaniczne na Politechnice Łódzkiej na Wydziale Budowy Maszyn i Urządzeń Włókienniczych. Ósme moje miasto, to Żyrardów, gdzie w Zakładach Przemysłu Lniarskiego im. Rewolucji 1905 roku, miałem objąć funkcję zastępcy dyrektora ds. technicznych. Mieszkałem tam jak lord, w żeńskim hotelu robotniczym, mając do dyspozycji dwupokojowe lokum z kuchnią i łazienką, na parterze. Zmiany ustrojowe wszystko zniweczyły, zakłady upadły, zresztą tak jak wszystkie inne firmy lniarskie w Polsce. Pracując przez kilkanaście lat w branży lniarskiej, bez przerwy przebywałem w podległych zakładach roszarniczych. Bywało, że miesiącami mieszkałem w którymś z miast i dlatego zajmują one kolejne miejsca w mojej pamięci. Ulokowałem je według zapisu alfabetycznego, i tak na dziewiątym miejscu wymienię Bielsk Podlaski, na dziesiątym Ełk, na jedenastym Łomżę, na dwunastym Miłakowo i na trzynastym Sępopol.

W następnym okresie życia los rzucił mnie do pracy w służbie zdrowia.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Nasza jednostka zarządzała gminnymi i wiejskimi ośrodkami zdrowia, gdzie z racji obowiązków musiałem bardzo często przebywać i załatwiać sprawy w urzędach gminnych. Jedne miejscowości zapamiętałem pozytywnie, do innych nie czuję do dziś sentymentu. Na pierwszym miejscu, oj przepraszam! Na czternastym w mojej hierarchii stawiam Spychowo, bo tam najmilej mi się przebywało ze względu, że ówczesny lekarz był super pozytywnym człowiekiem, no i Naczelnicy Gminy Świętajno byli super porządnymi urzędnikami. Gdyby teraz ktoś mnie zapytał o układ miejscowości w tej piramidzie, to wszystko by się odwróciło do góry nogami, a Spychowo wspięłoby się na szczyt! Jeżdżę tam na coroczne plenery malarskie, a moi serdeczni znajomi: Urszula Dyl – Nadolna - organizatorka plenerów oraz Nadleśniczy Krzysztof Krasula, to naprawdę ludzie z najwyższych półek. No i bym zapomniał, w Spychowie mam domniemaną rodzinę, o identycznym nazwisku jak moje. Gdy od czasu do czasu się zobaczymy, to z daleka krzyczymy: - Cześć kuzynie!!! Tuż za Spychowem w tamtych latach, na piętnastym miejscu zdecydowanie stawiałem Świętajno. Tam od podstaw załatwiałem sprawy z przygotowywaniem terenu, projektowaniem obiektu, a następnie nadzorowałem budowę Gminnego Ośrodka Zdrowia. Trafiłem na idealny grunt do załatwiania spraw, pamiętam byłych Naczelników Gminy Świętajno: Pana Ryśka, Pana Heńka, Pana Adama, z którymi można było wszystko, bez problemu załatwić. Oni wiedzieli po co są zatrudnieni na tym najwyżej ustawionym stołku. Z łezką w oku, wspominam przesympatyczną sekretarkę Panią Barbarę, która stworzona była do pracy na swoim stanowisku.

W dalszej kolejności stawiam na Wielbark. Tam zakończyłem budowę Gminnego Ośrodka Zdrowia. Mile wspominam dwóch ówczesnych włodarzy grodu: wieloletniego naczelnika gminy Wiesława i pierwszego sekretarza komitetu gminnego Czesława, późniejszego prezydenta Olsztyna.

Są jeszcze dwie miejscowości, które utkwiły mi pozytywnie w sercu. I tak czule i z sentymentem wspominam moje sanatoryjne kurorty - Kołobrzeg i Krynicę Górską, gdzie spędziłem wiele razy lecznicze pobyty.

Cdn.

Leszek Mierzejewski

SPROSTOWANIE

W drugiej części „Wspomnień przesiedleńca” opublikowanej w nr 29 „KM” pojawiły się nieścisłe informacje dotyczące budowy Miejskiego Domu Kultury w Szczytnie. W 1958 r powstał Społeczny Komitet Budowy MDK, natomiast budowę rozpoczęto w 1964 r., a ukończono w 1967 r.

W Szczytnie od 1954 r rozpoczął działalność Powiatowy Dom Kultury, gdzie na zajęcia przyjeżdżała młodzież z całego powiatu szczycieńskiego.

Leszek Mierzejewski{/akeebasubs}