... skraca życie, skóra się ściera, człowiek umiera. To stare jak świat ludowe porzekadło wróciło do mnie wspomnieniem podczas lektury książki Anny Ikedy „Życie jak w Tochigi”. Autorka w bardzo zabawny sposób przedstawia realia panujące na japońskiej prowincji.

Mycie...
Na zdjęciach z lewej Muzeum Mydła i Historii Brudu w Bydgoszczy. Z prawej budynek, w którym mieściła się szczycieńska łaźnia

Lektura książki była dla mnie pracą domową realizowaną w ramach przynależności do Dyskusyjnego Klubu Książki działającego przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczytnie. Ze snutych opowieści dowiedziałam się, że mieszkańcy Japonii nie mają centralnego ogrzewania i gdy spada temperatura, w łazience: „uformował się mały lodowiec”. O porannym wstawaniu Anna Ikeda pisze tak: Mimo że spałam w dresach, dwóch parach skarpet i polarze, zimno mi się robi na samą myśl o wyjściu z łóżka. Nie wiedziałam, że w Kraju Kwitnącej Wiśni ludzie mają takie problemy, autorka to uświadamia stwierdzając: Japonia może i jest ojczyzną innowacji, mocarstwem technologicznym i pod wieloma względami wyprzedza resztę świata, ale jakoś nikt tu jeszcze nie wpadł na prosty pomysł instalacji w domach centralnego ogrzewania. Kolejna zabawna informacja dotyczy właśnie mycia. Wynika z niej, że ludzie kąpią się w tej samej wodzie nawet przez kilka dni podgrzewając ją, używają też takiej wody do prania.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Nic więc dziwnego, że wspomnieniami wróciłam do przeszłości i przypomniałam sobie jak umorusana biegałam po podwórku i dopiero w sobotę zaczynało się szorowanie. Ojciec przynosił kocioł, który napełniał zimną wodą i stawiał na kaflowej kuchni. Gorącą wodę wlewał do wanny, dopełniał zimną i szarym mydłem nas pucował. Potem niczym kurczaczki przykrywani byliśmy puchową pierzynką, ale fajnie było. To były czasy, gdy w niektórych domach wodę nosiło się ze studni, na szczęście my mieliśmy wodę w mieszkaniu, niestety wychodek na podwórku. Nie stanowiło to problemu, bo takie były realia mojego dzieciństwa. Często też chodziliśmy do zlokalizowanej przy ul. Barczewskiego w Szczytnie łaźni. Za niewielką opłatą można było się tam umyć. Do dziś pamiętam kąpiele w wielkich i głębokich wannach. Gdy dostaliśmy mieszkanie w bloku, to najważniejszym pomieszczeniem była łazienka i... własna piękna, biała wanna. Ciągle napełniałam ją wodą, wlewałam wonności i pławiłam się w ówczesnym luksusie. Znikałam w łazience na długie chwile, tam spowita pianą... czytałam książkę. Niestety te wylegiwania w wannie kończyły się katarem, bo tak się zaczytałam, że woda wystygła, a ja nawet nie pomyślałam, by dolać gorącej.

Obecnie w sprzedaży mydeł jest do wyboru, do koloru

Niedawno byłam w Bydgoszczy. Jednym z punktów wyprawy miała być wizyta w Muzeum Mydła i Historii Brudu. Niestety nie dane nam było zwiedzić ciekawej wystawy i posłuchać prelekcji przewodnika. Jednak mogliśmy podziwiać eksponaty zgromadzone w oknach Muzeum, mogliśmy też zaopatrzyć się w różnorodne akcesoria i pamiątki w muzealnym sklepiku. Na pewno kiedyś tam wrócę, by dokładnie wszystko obejrzeć. Na wspomnianej okiennej wystawie wyeksponowano akcesoria związane z praniem. Tak się składa, że pamiętam wkraczającą do naszego życia technikę. Trzymałam w ręce tarę do prania, z radością powitałam pralkę wirnikową o wdzięcznym imieniu Frania, a pralce automatycznej do dziś składam hołd. Podobne zmiany dotyczą mydeł. Największą wartość w codziennej higienie miało szare mydło, ale z radością witaliśmy wszelkie zapachowe i tak bardzo kolorowe. Hitem w moich czasach były mydełka: Zefir, 7 kwiatów, Karat, Kajtek, Palmolive i najsłynniejsze FA. Przyznam szczerze, że wielokrotnie na swoich rozlicznych działaniach „wychodziłam jak Zabłocki na mydle”, to wyznam też bez bicia, że nie wyobrażam sobie życia bez mycia.

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}