Sensacją ostatnich dni było odnalezienie esbeckich dokumentów dotyczących Lecha Wałęsy w domu generała Kiszczaka. Zaraz po tym zrodziło się podejrzenie, że część zbiorów, które powinny znajdować się w Instytucie Pamięci Narodowej, może być ukrywana także w daczy Kiszczaków na Mazurach.

Na daczy Kiszczaka

POŻAR

Dom letniskowy Kiszczaków znajduje się w miejscowości Wikno nad jeziorem Omulew, niedaleko Jedwabna. To tu każdego lata relaksował się generał wraz z małżonką. I to tutaj, jak podejrzewano, także mogła znajdować się część dokumentów, nielegalnie przechowywana. Przeszukanie daczy miało miejsce w ubiegły czwartek. Jak wiemy, nie dało ono rezultatu.

„Kurek” odwiedził dom letniskowy w Wiknie zaraz po tej akcji. Przy okazałym obiekcie nie było jednak widać żywego ducha. Brama pozostawała zamknięta na głucho, a działkę otacza wysoki płot. Daczę, a właściwie jej front, widać jednak dość dobrze.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Miejscowi mówią nam, że nie ma czego szukać, bo dom letniskowy i to, co mogło być w jego wnętrzach, ogień strawił doszczętnie pięć lat temu.

- Co się miało spalić, to już dawno spłonęło – podsumowuje pan Ryszard, mieszkaniec Wikna. Ogień był tak duży, że spłonął nie tylko cały budynek, ale także rosnące w pobliżu drzewa. Całej tej sprawie pikanterii dodaje fakt, że stało się to w 21. rocznicę objęcia urzędu premiera przez generała, współautora stanu wojennego.

SAMOTNIK, NICZYM WILK

Okolice jeziora Omulew, jak dowiadujemy się od miejscowych, były szczególnie lubiane przez towarzyszy z kręgu władz upadającego wówczas PRL-u. W latach 80. bywali tu często m. in. gen. Jaruzelski i Siwicki W nadjeziornych daczach PRL-owscy dygnitarze podejmowali ważne dla kraju decyzje, ale unikali kontaktu z miejscowymi. W ocenie mieszkańców Wikna, Kiszczak był typem samotnika. Widywano go rzadko, na ogół tylko podczas spaceru. Wtedy kłaniał się napotkanym, ale nie nawiązywał z nimi rozmów.

- Spotykałem go, jak samotnie chodził po lesie, niczym wilk - wspomina pan Ryszard. Właściciele miejscowego sklepu, choć prowadzą go już ponad dwadzieścia lat, tylko sporadycznie widywali generała.

- Owszem, czasami, ale bardzo rzadko zjawiał się u nas, by kupić coś drobnego – mówi pani Elżbieta, współwłaścicielka.

Miejscowi wspominają m. in. zbiórkę pieniężną na rzecz... generała. W 2010 r. sołtys wsi zdała relację księdzu z tego, jak doszczętnie spłonął w Wiknie jeden z domków letniskowych. Ksiądz, poruszony wydarzeniem, nie wnikając w to, kto był właścicielem daczy, ogłosił z ambony zbiórkę pieniężną dla pogorzelca. Zebranych pieniędzy generał nie przyjął. Domek został jednak szybko odbudowany.

Cóż, jeden z miejscowych gospodarzy skarży się, że nie doczekał do dziś zapłaty za transport drewna.

Częściej w Wiknie widywano generałową. Bywała ona gościem miejscowej restauracji. Przysiadywała przy jednym ze stolików na dłużej i pisywała poezję. Wyszła nawet z nietypową propozycją. Chciała, by książki jej autorstwa wystawiono w restauracji na specjalnej półce, na sprzedaż.

- Lokal gastronomiczny jest od serwowania konkretnych dań, a nie strawy duchowej – śmieją się nasi rozmówcy. Czesław Kiszczak nie nawiązywał z nimi bliższych znajomości.

- Inni generałowie, bywało, zapraszali do siebie i piło się z nimi bimber – słyszymy. Kiszczak nikogo z miejscowych do siebie nie zapraszał.

Marek J.Plitt{/akeebasubs}