Niejednokrotnie opisywałem ludzi znanych i popularnych, z którymi los mnie zetknął. Wychodziłem z założenia, że wspominki i ploteczki dotyczące osób rozpoznawalnych są bardziej interesujące dla czytelnika niż opowieści o jakichś tam nieznanych ogólnie personach. Dziś jednak odstąpię od dotychczasowej zasady, ponieważ chcę napisać słów kilka o zupełnie nieprawdopodobnej postaci.

Na styku z mafią

O jednym z moich bliskich znajomych. Uczciwym rzemieślniku i artyście, dzięki któremu miałem okazję zetknąć się w sposób bezpieczny z tak zwanymi ludźmi z miasta, czyli przedstawicielami warszawskiego przestępczego świata. Takie to koneksje ma ów wieloletni znajomy. A skąd się one wzięły wyjaśnię.

Mój kolega i rówieśnik - nazwijmy go Kazik, choć naprawdę ma na imię zupełnie inaczej, jest zacnym, warszawskim kamieniarzem. Odziedziczył swój warsztat po ojcu, który od niepamiętnych lat uprawiał kamieniarski proceder przy cmentarzu powązkowskim. To u kazikowego ojca pracował niegdyś słynny Jan Himilsbach - najpierw kamieniarz, a później pisarz, scenarzysta i popularny aktor. Kazik przeniósł rodzinny warsztat w inne miejsce, rozbudował go i unowocześnił. Poza działalnością na użytek pochówku zmarłych, Kazik realizuje kamienne elewacje budynków, miejskie pomniki, ozdobne fontanny i inne obiekty użyteczności publicznej. Stąd zresztą się znamy.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Jeśli chodzi o działalność cmentarną, to Kazik był jednym z pierwszych, a może wręcz pierwszym, który zainstalował w swoim warsztacie aparat, co to na podstawie zdjęcia wycina w polerowanym, czarnym kamieniu (graweruje?) portret osoby zmarłej. I to był początek szczególnej kariery jego zakładu. Jak wiemy z filmów gangsterskich, w sferach mafijnych wciąż ktoś kogoś zabija. Zatem odbyć się musi pochówek. Otóż gangsterom niesłychanie przypadł do gustu zwyczaj umieszczania na płycie nagrobnej portretu kumpla. Początkowo robiono takie podobizny tylko u Kazika, toteż jemu zaczęto zlecać mafijne pogrzeby. Ponadto jego firma uchodzi za jedną z najstarszych i o uznanej warszawskiej tradycji. Sam Kazik, dzisiaj prawie siedemdziesięcioletni facet, posługuje się precyzyjnie gadką starowarszawską, jakiej ani Wiech, ani Grzesiuk nie powstydziłby się. Toteż jego zakład błyskawicznie stał się monopolistą w zakresie pochówku przedwcześnie zmarłych gangsterów. Siłą rzeczy właściciel zakładu poznawał kolejne rodziny zabitych bandytów i ich otoczenie. Minęło wiele lat. Dzisiaj grawerowane portrety na kamiennych płytach wykonuje się wszędzie. Ale Kazik wciąż jest monopolistycznym wykonawcą ostatniej posługi w kręgach przestępczych. Tylko do niego mafia ma zaufanie. Tutaj warto dodać, że nikt z mafijnych klientów nigdy nie próbował wciągnąć go w jakiekolwiek „lewe” interesy. Zasada zaufania do jego firmy wciąż polega na tym, że każdy pochówek z jej udziałem odbywa się z godnością i według ogólnie przyjętych zasad, a pospolici bandyci zapominają na terenie cmentarza o swojej przestępczej profesji.

A teraz historyjka o tym, jak to spotkałem się z jednym ze starych złodziei w jego podwarszawskiej posiadłości, czyli średniej klasy domku z dużym ogrodem.

Zadzwonił niegdyś wspomniany Kazio i taką gadkę mnie uskutecznia:

Jędruś, jest taki jeden emerytowany złodziej. Swoje dawne grzechy już odsiedział, ale teraz ma pewien problem i potrzebuje porady kogoś z branży budowlanej. Szykuje mu się odsiadka za drobne pijackie burdy. Trochę się tego nazbierało. Chłop już od dawna czeka w kolejce na miejsce pod celą. Wreszcie zwolniło się i na jakiś tam krótki okres go zamkną. Facet ma ładny domek z ogrodem i żonę. Otóż ubrdał sobie, że jak pójdzie siedzieć, to szacowna małżonka opyli chatkę i zwieje z forsą. Potrzebuje więc, żeby ktoś przejrzał posiadaną przez niego dokumentację i doradził mu jak się zabezpieczyć. Pomyślałem o tobie.

Ot, szczególny problem środowiskowy! Nie tyle on mnie zaciekawił, co postać „emerytowanego” gangstera. Dowiedziałem się od Kazia, że cierpliwość miejscowych policjantów wyczerpała się, kiedy delikwent, skuty po jakiejś burdzie w miejscowej knajpie, wieziony był radiowozem. Podobno położył się na siedzeniu i skopał sufit pojazdu. A że jest to facet krzepki, nieźle powyginał samochodową karoserię.

Doszło do naszego spotkania, choć nic z tego nie wynikło w sensie merytoryczno-zawodowym. A było to upalne lato. Potężny, łysy facet, w wieku około sześćdziesiątki przyjął mnie w szortach i podkoszulku, toteż nietrudno było zauważyć, że jest wytatuowany od stóp po szyję. Rozmowy nie powtórzę, ponieważ i on, i jego małżonka posługiwali się językiem, przy którym powszechnie znane, knajpowe wypowiedzi nagranych potajemnie rodzimych polityków można zaliczyć do najwyższej salonowej galanterii i klasy. Natomiast przytoczę zabawną anegdotkę-wspomnienie starego gangstera - dotyczącą jego tatuażu. Opowiedział on jak to przed wielu laty, po dłuższej odsiadce, wybrał się z dwoma kumplami nad polskie morze. Wszyscy trzej są solidnie wytatuowani. Kiedy pojawili się w kąpielowych strojach na plaży, jakiś bawiący się tam chłopczyk najpierw oniemiał, a potem popędził w stronę rodziców, wrzeszcząc entuzjastycznie: „Mamo, tato! Piraci przypłynęli!”

Sporo zabawnych opowiastek dotyczących przestępczego marginesu usłyszałem od Kazika. Także kilkakrotnie spotkałem w jego warsztacie nieprawdopodobnych typów. Groźnych. Kazik atoli zawsze panował nad sytuacją i widać było gołym okiem, że jego autorytetu byle łobuz nie śmie naruszyć.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}