Reklama

Węgiel

Rozmowa z prezesem Sądu Rejonowego w Szczytnie Janem Sterańcem (cz. I)

Nie jestem milczkiem

- W 1990 r., gdy po pierwszy otrzymał pan nominację na prezesa sądu, przyznawał pan otwarcie, że jest z nomenklatury.

- Stało się tak w związku z ówczesną transformacją ustrojową. Wszyscy prezesi sądów w całym kraju zostali wymienieni. Byłem najmłodszym, albo jednym z najmłodszych prezesów w Polsce. Dziś jestem już zabytkiem wymiaru sprawiedliwości. Za 2-3 lata będą mi przysługiwały uprawnienia emerytalne.

- Jakie są różnice w funkcjonowaniu sądu wówczas i dziś?

- Kiedy pierwszy raz obejmowałem stanowisko, zaczęto odchodzić od dominującej w PRL-u roli statystyki. Kierując się nią trzeba było jak najszybciej rozpoznawać sprawy, niezależnie od ich skomplikowalności. Teraz niestety znów się do tego wraca. Nie byłem świadomy, do jakich granic ta statystyka w wymiarze sprawiedliwości została rozbudowana. Gdy ponownie zostałem prezesem i zobaczyłem co się dzieje, zacząłem się zastanawiać, czy podjąłem dobrą decyzję.

- Usprawnieniu pracy sądów miało służyć utworzenie w nich nowego stanowiska – dyrektora.

- Rzeczywiście, to ułatwiło pracę prezesom. Ubyła nam cała logistyka, zarządzanie zasobami ludzkimi, zajmowanie się finansami, czy inwestycjami. Kompetencje prezesa zostały ograniczone do nadzoru pracy sędziów, przewodniczących wydziałów, referendarzy i asystentów sądowych. Wciąż jednak sąd jest obłożony niepotrzebnymi zadaniami.

- Na przykład?

- Wykroczenia. Do dziś ani ustawodawca, ani ministerstwo nie wiedzą jak tę kwestię rozwiązać. A przecież można by wziąć przykład choćby ze Szwecji. Tam sprawy wykroczeniowe prowadzone są w trybie administracyjnym przez urzędnika. U nas wszystko idzie do sądu pierwszej instancji, później w przypadku odwołania – drugiej. A przecież sąd okręgowy powinien zajmować się poważniejszymi sprawami, niż ustalaniem czy kierowca przekroczył prędkość o 20 czy 30 km, albo czy pies zjadł kurę.

- Mimo tych zastrzeżeń, a także bliskiej już perspektywy przejścia w stan spoczynku, przyjął jednak pan nominację na prezesa.

- Taka była wola sędziów naszego sądu. Uznali, że w czasach, w których mamy do czynienia z atakami i nagonką na wymiar sprawiedliwości i sędziów będę odpowiednim buforem, który zapewni im spokojną, bezstresową pracę. Obecnie sądy w rankingach zaufania społecznego zajmują niską pozycję.

- Co się do tego przyczyniło?

- W dzisiejszych czasach nagminnie przekraczane są granice wolności jeśli chodzi o krytykę przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Odbywa się to często w niewybrednych słowach.

- Wydaje się, że środowisko sędziowskie samo dało pretekst do krytycznych ocen. Przykład byłego prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku jest chyba tego najlepszym dowodem?

- Rzeczywiście, wykazał się on daleko idącą służalczością. Zapomniał, że jest sędzią. To z pewnością wpłynęło na obniżenie autorytetu wymiaru sprawiedliwości.

- Dużo otrzymuje pan telefonów od wpływowych osób zainteresowanych przebiegiem danej sprawy?

- Nigdy nie doświadczyłem takiej sytuacji. Mogę zapewnić, że sędziowie, z którymi współpracuję są nad wyraz pryncypialni i zachowują daleko posunięty dystans i ostrożność w relacjach ze środowiskiem zewnętrznym. Nie mam do ich postawy żadnych podejrzeń czy zastrzeżeń.

- Czy podobne zdanie ma pan o komorniku ze Szczytna, który w zmowie z biegłym sądowym za bezcen sprzedawał wystawione do licytacji nieruchomości dłużników? Ten komornik jest pierwszym w Polsce, który usłyszał prawomocny wyrok. To chyba nie przynosi chluby naszemu sądowi?

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.