Podczas piątkowego koncertu na plaży miejskiej wystąpi Hunter, który będzie świętował jubileusz 35-lecia. Na scenie weteranom ciężkiego rocka towarzyszyć będą przyjaciele. W rozmowie z „Kurkiem” lider i założyciel grupy Paweł Grzegorczyk opowiada m.in. o pierwszych występach w trakcie Dni i Nocy oraz mówi, dlaczego po tylu latach na scenie nie czuje się wypalony.
- Hunter to zespół, który chyba najczęściej występował na Dniach i Nocach Szczytna?
- Podejrzewam, że Żuki nas pod tym względem przebijają (śmiech).
- Czy pamiętasz wasz pierwszy występ na tej imprezie?
– Pierwszego nie pamiętam. Natomiast pamiętam wczesne nasze koncerty, które graliśmy jeszcze na dziedzińcu zamkowym. W pamięci szczególnie utkwił mi jeden z nich, kiedy graliśmy jeszcze jako trio, z Grześkiem Sławińskim i Tomkiem Goljaszewskim. Okazało się, że obaj nie mogli tego dnia zagrać i musiałem wystąpić sam, korzystając ze specjalnego podkładu, który mi nagrali. Było to dla mnie ciekawe, ale i stresujące doświadczenie.
- Niewiele jest w Polsce zespołów, które mogą się pochwalić takim stażem scenicznym jak Hunter. Czy nie czujecie się już trochę wypaleni?{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
– Nie, bo nie patrzymy na metryki. Te jubileuszowe koncerty gramy bardziej dla naszych fanów niż dla siebie. Warto pamiętać, że w tym roku obchodzimy tak naprawdę 37-lecie, bo z powodu pandemii 35-lecie trzeba było przesunąć w czasie. Nadal chcemy występować, rozwijać się i nie zamierzamy składać broni, dopóki tylko będzie dla kogo grać. Przez te 37 lat ani razu się nie rozpadliśmy, nie zawieszaliśmy działalności, choć zdarzały się momenty, kiedy trochę mniej się u nas działo. Z pierwszego składu zostałem tylko ja, ale w obecnym gramy od 2009 r., więc też już kawał czasu. Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat będziemy grać, bo to właśnie potrafimy najlepiej i przede wszystkim nadal mamy dla kogo. Muzyka i koncerty to nasze życie i pasja.
- Czy zespoły, które dziś zaczynają działalność mają łatwiej od was?
– Myślę, że teraz jest zdecydowanie trudniej. Mocno trzymam kciuki, ale też współczuję zespołom, które dziś zaczynają. Oczywiście są tacy, którzy mają wsparcie wielkich wytwórni płytowych lub wiele szczęścia, ale to się zdarza rzadko. Dziś płyty kupują przeważnie kolekcjonerzy, a muzyki słucha się głównie za pośrednictwem platform streamingowych. Obecnie zespoły żyją głównie z koncertów, o ile one są.
- Muzyków mocno dotknęła też pandemia.
– W czasie pandemii straciliśmy nasze główne źródło zarobków. Teraz koncerty wracają, ale to nie jest nadal to, co było. Kiedyś basista Oddziału Zamkniętego opowiadał mi, że w swoich złotych czasach ten zespół grał nawet 400 koncertów rocznie, często po dwa dziennie. A Lady Pank czy Republika dawali ich jeszcze więcej. Dzisiejsze czasy są nieporównywalne. Nawet przed pandemią skala była inna. My, jak graliśmy 100 koncertów rocznie, to byliśmy przeszczęśliwi.
- Jesteście zespołem zaangażowanym. Poruszacie trudne tematy, jak choćby okrucieństwo wobec zwierząt, a ostatnio wojna w Ukrainie. Nie wszyscy artyści to robią. Wielu woli być neutralnymi i nie wypowiadać się na tematy, które mogą być uznawane za kontrowersyjne.
– Hunter powstał w 1985 roku po to, żeby sprzeciwiać się przemocy, wojnie i niesprawiedliwości. Konsekwentnie się tego trzymamy do dziś, choć wiadomo, że trudne tematy dzielą fanów. Nie wszyscy do końca podpisują się pod tym lub rozumieją to, co chcemy przekazać, ale staramy się zawsze być sobą. A jeśli już przyciągamy czyjąś uwagę i mamy swoje pięć minut, to chcemy to wykorzystać jak najlepiej. Nie jesteśmy rewolucjonistami, którzy wychodzą na ulice. Swój światopogląd, gniew, radość, smutek i obawy wyrażamy za pomocą dźwięków i słów.
- Wróćmy do waszego jubileuszowego koncertu podczas Dni i Nocy Szczytna. Czy lista gości, którzy będą z wami świętować 35-lecie, jest już zamknięta?
– Oprócz wcześniej zapowiadanych artystów dołączy do nas Grzesiek Sławiński, z którym zakładaliśmy zespół. Bardzo chcieliśmy, żeby wystąpił z nami Krzysztof Daukszewicz. Niestety, ostatnio uległ kontuzji i choć zależało mu, by z nami zaśpiewać utwór „Easy Rider”, to jego obecność na naszym jubileuszu stoi pod dużym znakiem zapytania.
- Kogo jeszcze usłyszmy i zobaczymy?
- Czarka Kaźmierczaka, naszego wieloletniego przyjaciela, który bardzo długo był klawiszowcem Maanamu, a obecnie gra w grupie Harlem. Będzie Ślimak, perkusista Acid Drinkers z Anią Brachaczek z zespołu SiQ. Na scenie pojawi się też Tomek Kasprzyk, dziennikarz Antyradia, który prowadzi tam swoją autorską audycję, a oprócz tego jest skrzypkiem i basistą. Czasem grał grał z nami na koncertach. Zaprosiliśmy także Natalię Sycz, wokalistkę zespołu „The Ukrainian Folk”, która zaśpiewała „Kiedy umieram” po ukraińsku. Wystąpi też szczycieńska grupa Imaginature oraz zaprzyjaźniony z nami niemiecki zespół hardrockowy Reload, z którym graliśmy kilka tras. Oczywiście nie może również zabraknąć chóru „Kantata”. Planujemy ten koncert nagrać i być może wydać go lub upublicznić w internecie.
- Piątkowy koncert to spojrzenie w przeszłość, a co planujecie w przyszłości?
– Obecnie pracujemy nad dwoma płytami, jedną akustyczną, drugą elektryczną. Na tej pierwszej znajdzie się wersja „Kiedy umieram” po ukraińsku. Być może jedną z płyt uda się ukończyć jeszcze w tym roku, a drugą do połowy przyszłego.
Rozmawiała:
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
