W piątkowy wieczór strażacy z OSP Pasym i PSP Szczytno ruszyli na ratunek psu tonącemu w jeziorze Kalwa. Zwierzęcia nie udało się jednak ocalić. Pod adresem biorących udział w akcji strażaków padły słowa krytyki i zarzuty, że nie zrobili wszystkiego, aby odnaleźć czworonoga.

Nieudana akcja na Kalwie
Strażacy weszli na akwen z saniami lodowymi, ale ze względu na trudne warunki zostali wycofani. Zdjęcie jest ilustracją tekstu

W piątek 10 marca o godzinie 21.42 strażacy otrzymali zgłoszenie dotyczące psa tonącego w jeziorze Kalwa. Do zdarzenia miało dojść na wysokości ul. Tartacznej w Pasymiu. Na pomoc zwierzęciu ruszyli druhowie z OSP Pasym i zawodowcy z PSP w Szczytnie. Ci drudzy przybyli na miejsce z łodzią. - Kierujący działaniami ratowniczymi z OSP Pasym stwierdził, że z jeziora dobiega odgłos wydawany przez psa – relacjonuje st. kpt. Łukasz Wróblewski, oficer prasowy Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Szczytnie. Podkreśla, że pękający, cienki lód, mrok i mgła utrudniały działania ratownikom. Dlatego też strażacy zrezygnowali z wodowania łodzi. Ostatecznie psa nie udało się odnaleźć. Dopiero następnego dnia osoby zaangażowane w poszukiwania natrafiły na martwego czworonoga w trzcinowisku.

Po akcji na stronie facebookowej OSP Pasym pojawiły się komentarze krytykujące działania ratowników.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Według zamieszczających je osób, nie dołożyli oni wystarczających starań, aby wydobyć z wody zwierzę. Z pretensjami do szczycieńskiej komendy zgłosiła się także właścicielka psa.

Łukasz Wróblewski zdecydowanie odpiera zarzuty. Jak mówi, panujące ciemności i mgła uniemożliwiały dokładne zlokalizowanie czworonoga. Co prawda kierujący działaniami usłyszał wydawany przez niego odgłos, ale z brzegu dobiegało szczekanie innych psów, co nie ułatwiało zadania ratownikom. - Strażacy przypuszczali, że zwierzę może się znajdować ok. 100 metrów od brzegu i z saniami lodowymi weszli na akwen – mówi rzecznik szczycieńskiej straży. Kierujący akcją podjął jednak decyzję o ich wycofaniu z powodu trudnych warunków. Następnie strażacy przeszukali ok. 800 metrów linii brzegowej. - Na miejscu nie było właściciela zwierzęcia, a żadna z osób postronnych nie była w stanie wskazać nam, gdzie go szukać – podkreśla Łukasz Wróblewski, dodając, że kontynuowanie akcji w tak trudnych warunkach, na rozległym akwenie, przypominałoby szukanie igły w stogu siana.

(ew){/akeebasubs}