Z opisywaną przez nas przed tygodniem mazurską rodziną Glitzów związane są losy robotnika przymusowego, Zygmunta Trojanowskiego, który po wojnie szkolił Chińczyków w lotach na szybowcach.
LANIE ZA UCIECZKĘ
W wieku 16 lat do Szczytna trafił jako robotnik przymusowy Zygmunt Trojanowski pochodzący z Gąsewa. Pracował w gospodarstwie ogrodniczym znajdującym się przy późniejszej ulicy Leyka. Był jednak prześladowany przez starszych, pracujących w tym miejscu Polaków i zdecydował się wraz z kolegą na ucieczkę. Szli dwie doby. W tym czasie granatowy policjant poinformował jego ojca o ucieczce i kazał się z nim zgłosić na posterunek w Makowie. Tak też się stało. Ojciec zaprowadził go na posterunek, gdzie dostał porządne lanie, a następnie został wysłany z powrotem do Szczytna. Tym razem trafił jednak lepiej, pracował w gospodarstwie, które znajdowało się na końcu ulicy Leśnej.
ŚLUB Z MAZURKĄ
Po wojnie zajął dom w Korpelach, ale przegonili go stamtąd działacze partyjni, którym budynek ten też się spodobał.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
MEDAL PRZYJAŹNI OD CHIŃCZYKÓW
W 1958 roku jako pracownik lotniska pojechał na osiem miesięcy wraz z Rosjanami do Chin, gdzie pod Pekinem uczył Chińczyków na nowo otwartym lotnisku sportowym. Do Moskwy dotarł pociągiem, a stamtąd cała ekipa udała się samolotem do Pekinu. Spali w szkole. Pewnej nocy usłyszeli strzały. Powiedziano im, że to byli przeciwnicy władz, którzy zostali szybko zabici. Co ciekawe, Chińczycy nauczyli się latać na polskich szybowcach „Bocianach” „Czaplach” i „Piorunach”. Za swoją pracę Zygmunt Trojanowski dostał od premiera Zhou Enlaia Medal Przyjaźni. Z podróży przywiózł dwa albumy ze zdjęciami, które są obecnie ciekawym dokumentem współpracy polsko - chińskiej w czasach wczesnego PRL-u. Powrót z Chin odbył się pociągiem. Później Zygmunt Trojanowski opowiadał, że w życiu tyle wódki nie wypił, co w trakcie tej długiej jazdy koleją. Towarzyszom radzieckim nie wypadało odmawiać.
NA LOTNISKU DO EMERYTURY
Pod koniec lat 60. z powodu uciążliwych dojazdów Zygmunt Trojanowski zwolnił się z lotniska i podjął pracę w rzeźni w Szczytnie. Jednak po dwóch latach postanowił wrócić na lotnisko, na którym pracował do emerytury. Inni pracownicy aeroklubu odnosili się do niego z szacunkiem i zazwyczaj zwracali się „mistrzu”. Z arogancją Zygmunt Trojanowski spotkał się tylko ze strony korzystającego z lotniska syna premiera Jaroszewicza. 18 kwietnia 2001 roku został awansowany na stopień podporucznika. Zmarł w 2003 roku.
Witold Olbryś{/akeebasubs}
