Tytuł mocno na wyrost, bo czy jest coś takiego w naszym mieście jak nocne życie? Według mojej dotychczasowej wiedzy nic takiego nie istnieje, ale postanowiłem sprawdzić to jeszcze raz.

Nocne życie SzczytnaOsobiście. Mam zwyczaj odbywać codzienne, popołudniowe, dość długie (jak na mnie) spacery po mieście, toteż kilka ostatnich przechadzek przesunąłem na godziny nieco późniejsze, to jest na wieczór. Okolice godziny dziewiątej. Nie jest to jeszcze prawdziwa noc, ale na klasyczne nocne życie typu „w Polskę idziemy” brak mi już fantazji i wytrzymałości. No cóż, dawniej bywało inaczej, ale czas robi swoje. Poza tym, gdzie tu można pójść i po co? Spacerując zajrzałem do kilku znanych mi gastronomicznych lokali w nadziei, że jednak w karnawałowym okresie poświątecznym ludziska gdzieś tam się spotykają. Niekoniecznie w domu. Zatem gdzie?{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Najpierw zaszedłem do pozornie niewiele znaczącego lokaliku z burgerami „Kawał woła”. Szczerze mówiąc sądziłem, że podobnie jak inne ryzykowne zamierzenia gastronomiczne, barek ten padł był, czyli zbankrutował z braku klienteli gustującej w autentycznych, wołowych burgerach. Przypominam, bo już o tym pisałem, że taki prawdziwie amerykański rarytas nie ma smakowo nic wspólnego z popularnym hamburgerem, wyrobem Mc Donaldsa, który wprawdzie wygląda bardzo podobnie, ale w spożyciu żenująco odbiega od klasyki gatunku. Natomiast podawane w naszej, szczycieńskiej knajpce burgery, to najwyższy, światowy poziom. Wiem coś o tym. W październiku, wracając z Kuby, byłem zmuszony spędzić 10 godzin na lotnisku w Toronto. Trzeba było w końcu coś zjeść, a tamtejsze lotniskowe knajpy, to jadłodalnie najdroższe na świecie. Po prostu tragedia! Płacąc i płacząc zamówiłem tradycyjnego burgera. Był naprawdę znakomity. Taki jak te szczycieńskie. Ale kosztował 14 dolarów!!! Prawie 60 zł. U nas, na ulicy 1 Maja, płacę za dokładnie to samo złotych 12. Dla porównania dodam, że w uznanej, warszawskiej burgerowni na rogu ulic Emilii Plater i Wspólnej, identyczny jak u nas burger kosztuje 25 złotych. Wracając do nocnego życia. W wymienionym barku połowa stolików była zajęta. Porozmawiałem z właścicielem. Interesowało mnie skąd rekrutują się jego młodzi klienci. Sądziłem, że to głównie studenci WSPol. Dowiedziałem się, że do pewnego stopnia tak. Ale przede wszystkim są to najczęściej uczestnicy specjalistycznych kursów, przyjeżdżający do szkoły policji na krótko, z dużych miast. Takich jak Warszawa, czy Kraków. Oni - jedni drugim - polecają szczycieński „Kawał woła”, bo przyzwyczajeni są jadać burgery w swoich miastach. Tyle że płacą tam dwa razy drożej. A tu taka okazja!

Zaraz potem poszedłem do Pubu „9”. Niegdyś tam bywałem, ale jakoś od dawna nie miałem okazji. „Dziewiątkę” uważałem zawsze za główne miejsce nocnych spotkań miejscowej bohemy. Lokal był zamknięty. Żadnej informacji. Następnego dnia także. Zajrzałem do internetu – nic na ten temat. Zatem idźmy dalej. Po drodze mi było do hotelowej restauracji „Krystyna”. Godzina dziewiąta wieczór. W knajpie żywego ducha! Żeby ratować jakoś honor i dochody cenionego przeze mnie lokalu wypiłem pięćdziesiątkę czystej i poszedłem dalej. W popularnej „Mazurianie” były zajęte trzy stoliki. Żal patrzeć. Z tego wszystkiego poszedłem do kawiarenki-pubu „Antyk”. Na pięterko. Tam bywam dość często. O ile w ciągu dnia jest raczej pustawo, to wieczorem roi się od sympatycznej młodzieży, gdzieniegdzie poprzetykanej dziadostwem w moim i podobnym wieku. Atmosfera sympatyczna, a międzypokoleniowy kontakt na właściwym, intelektualnym poziomie. Do „Zacisza” już nie poszedłem. Jest to restauracja specjalizująca się w zamkniętych przyjęciach oficjalnych i prywatnych, balach oraz różnych indywidualnych „balangach”. Przypuszczam, że takie imprezy są tam teraz prawie co dzień, więc nie chciałem przeszkadzać. A jeśli akurat tego dnia nic takiego nie działo się, to po godzinie dziewiątej lokal zapewne był zamknięty. Jest na uboczu. Kto tam przyjdzie o tej porze sam z siebie? Reasumując. Całe to nocne życie Szczytna to grupka młodzieży. Zapewne w dużej części studenci WSPol. Grupka w sumie nieliczna, bo poza wymienionymi studentami tutejszej uczelni, to kto spośród miejscowych maturzystów zostaje w Szczytnie? Każdy ucieka w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Trochę naszej młodzieży studiuje w Olsztynie. Ale już przez to samo związani są z tamtejszym środowiskiem akademickim i czas spędzają w olsztyńskich klubach studenckich. W domu tylko nocują. A co do ludzi starszych? Tu w Szczytnie chyba nie ma tradycji spotykania się w publicznych lokalach. Bywając w Warszawie mieszkam w centrum. Kiedy przejdę się około kilometrowym odcinkiem ulicy Emilii Plater, to mam po drodze co najmniej dwadzieścia wszelakiej maści lokali gastronomicznych. Od tanich barków typu kebab, poprzez pizzerie, flamberie, winiarnie, piwiarnie i liczne restauracje - od tych tańszych, po luksusowe, hotelowe. A wszędzie pełno narodu. W każdym wieku. Stoliki zajęte. Trudno o miejsce. I nie jest to kwestia zamożności. We wszystkich tych lokalach, nawet najtańszych, ceny są dwu- i trzykrotnie wyższe niż w Szczytnie. Warszawiacy zarabiają więcej, ale proporcja cen do zarobków jest taka sama jak u nas. Przeciętny obiad w „Krystynie” kosztuje niewiele więcej niż w warszawskim mlecznym barze. Myślę więc, że brak nocnego życia w Szczytnie, to nie tyle sprawa zamożności, co raczej miejscowych przyzwyczajeń. Nie byłem wszędzie. Pozostał jeszcze „Filip`s”, „Leśna” i szereg innych ciekawych miejsc. No, ale ten tekst nie jest socjologicznym opracowaniem naukowym tylko felietonem. A napisałem go w sobotnie, późne popołudnie. Zatem nadszedł czas na wieczorny spacer. Kończę i idę do „Antyku” na drinka.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}