Miłośnicy zwierząt doskonale znają i szanują popularną myśl, że pies jest największym przyjacielem człowieka.
To powiedzonko nieco złośliwie sparafrazował Jeremi Przybora stwierdzając, że pies jest największym przyjacielem człowieka jedzącego. Natomiast prawdziwym przyjacielem człowieka jest kobieta. W dzisiejszych czasach, za taką wypowiedź, feministki nazwałyby Przyborę szowinistycznym wieprzem, ale mistrz słowa nie doczekał współczesnej riposty. Owa kpinka była oczywistym żartem, natomiast, bez najmniejszej wątpliwości, nasz znakomity pisarz, poeta oraz autor niezrównanych, kabaretowych piosenek znał i traktował poważnie zdanie, jakie wypowiedział około 80 lat przed rozpoczęciem naszej ery rzymski mówca i polityk Marek Tuliusz Cyceron. To zdanie brzmiało „książka to najlepszy przyjaciel człowieka, a biblioteka to świątynia jego myśli”. Czy opinia sprzed ponad dwóch tysięcy lat jest jeszcze aktualna dzisiaj?
Dla mojego pokolenia książka była pierwszym i najważniejszym atrybutem inteligenta. To ona wprowadzała nas w świat sztuki. Do teatru, czy kina trzeba było wybrać się, co oznaczało wyjść z domu. Książkę mieliśmy na miejscu, a przede wszystkim do poduszki. Podobnie jak radio, bo raczkująca, dwukanałowa telewizja, mimo starań (np. teatr telewizji, czy „Kobra”), nie była w stanie zaspokoić estetycznych potrzeb człowieka wrażliwego. Komputerów jeszcze w Polsce nie znano, toteż Internet nie stanowił, tak jak dzisiaj, podstawowego źródła wiedzy wszelakiej. Czymże zatem było czytelnictwo w peerelowskich czasach początku lat sześćdziesiątych?{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Naukę w liceum rozpocząłem w roku 1959. To już było po tak zwanej odwilży i Polska jakoś tam, choćby trochę, otworzyła się na świat. Przedtem wszystkie książki przeznaczone dla nastolatków, to były niemal wyłącznie jakieś koszmarne, tłumaczone z rosyjskiego, opowiastki o wspaniałych pionierach i ich obozie w miejscowości Artek, o dzielnym chłopcu Timurze i jego drużynie, albo o zasłużonych dla ojczyzny wojennych dzieciach pułku. Na szczęście wydano w latach pięćdziesiątych także nieco światowej literatury dla dorosłych, toteż ja, na przykład, a także niektórzy moi szkolni koledzy pożyczaliśmy sobie nawzajem „Trzech muszkieterów” Dumasa, albo „Przygody dobrego wojaka „Szwejka” Jarosława Haszka. Ta akurat genialna satyra na wojsko, ponadczasowa, mimo że opisuje cesarsko królewskie Austro-Węgry podczas I wojny światowej, jest wciąż i na zawsze moją najbardziej ukochaną lekturą. „Szwejka” przeczytałem w całości co najmniej siedem, albo osiem razy i wciąż do tej lektury wracam. Choćby fragmentarycznie. Może to zabrzmi dziwnie, ale będąc jeszcze w podstawówce, no może była to jej ostatnia klasa, zafascynowała mnie „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego. Wydawać by się mogło, że jest to za trudna książka dla czternastolatka, ale kiedy przyglądam się dzisiejszym dzieciakom, po mistrzowsku obsługującym komputer, kontaktującym się przez Internet z całym światem w języku angielskim, to... Po prostu w każdej epoce młodzież stara się sprostać nowym wyzwaniom i wyprzedzić zramolałych staruszków. My także chcieliśmy wiedzieć więcej, ale do dyspozycji mieliśmy wyłącznie literaturę.
Są oczywiście książki ponadczasowe. Czytane przez kolejne pokolenia. Tego rodzaju twórczość daje szanse intelektualnego porozumienia dziadków, rodziców i wnuków. „Kubusia Puchatka” trzeba koniecznie czytać dzieciom. Choćby dlatego, aby uodpornić je na kretyńskie filmy rysunkowe, które wykorzystują postacie z książki A. Milne’a do głupawych opowiastek, nie mających nic wspólnego z autorskim, książkowym przesłaniem. Podobną, dziecięcą klasyką jest „Alicja w krainie czarów”. Na szczęście telewizyjni i filmowi adaptatorzy dzieła jakoś do tej pory podchodzą z szacunkiem do jego autora Lewisa Carrolla.
Moje lata licealne, to fascynacja literaturą amerykańską. Wcześniej zupełnie nieznaną w PRL, a nawet oficjalnie zakazaną, jako twórczość wroga i dekadencka, bo przecież tylko taka mogła powstać na „zgniłym zachodzie”. No, ale wreszcie, pod koniec lat pięćdziesiątych, mogliśmy dorwać się do Hemingway`a, do Salingera („Buszujący w zbożu” - kultowa książka ówczesnej młodzieży), czy Caldwella („Poletko Pana Boga”).
Jak to jest dzisiaj z czytelnictwem? W Szczytnie dość regularnie odwiedzam księgarnię „Fraszka”. Widuję tam także innych klientów. Ale dużą księgarnię, którą niedawno otwarto w kompleksie handlowym obok „Kauflandu”, już zamknięto. Prawdą jest, że współczesne ceny książek są zdecydowanie zbyt wysokie. W tych moich młodzieńczych latach kosztowały one zdecydowanie mniej. Na szczęście mamy w mieście znakomicie funkcjonującą bibliotekę. Można czytać i nie rujnować się finansowo. I ludzie czytają. Nawet to młode, komputerowe, pokolenie. Jakież to budujące!
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
