Od sześciu lat pisuję do „Kurka” i zawsze jak siadam do komputera, to mam jakiś gotowy pomysł odnośnie tematu felietonu, albo przynajmniej zarys tego pomysłu. Dzisiaj, w sobotę trzynastego grudnia, jakoś nic nie przychodzi mi do głowy. Przecież nie będę pisał o historycznej rocznicy.

O wszystkim i niczym

W końcu o niczym innym nie mówi się od kilkunastu dni w telewizji. A mówi się często w taki sposób, że ręce opadają. Żyłem wtedy w Warszawie, byłem dorosłym człowiekiem i czynnie uczestniczyłem w ówczesnych wydarzeniach. To, co dzisiaj słyszę o tamtych dniach, często budzi moje wątpliwości, czy aby nie zwariowałem. Fakty są oczywiście faktami, ale ich interpretacja! Pewne tematy rozdmuchane do granic możliwości, inne dyskretnie zapomniane, byle tylko dostosować wspomnienia do aktualnych, politycznych potrzeb. Zresztą wspominki dojrzałych uczestników okresu stanu wojennego to jeszcze pół biedy. Gorzej, kiedy słucham dzisiejszych polityków, którzy w tamtym czasie (33 lata temu) mieli najwyżej kilkanaście lat. Tacy, za przeproszeniem gówniarze, wiedzą wszystko lepiej. Także jacy to oni byliby dzielni w tamtych dniach i o ile byliby mądrzejsi od autentycznych „bohaterów” ówczesnej opozycji.

Zostawmy zatem ów temat telewizyjnym komentatorom. Co do mnie, to mam swoją osobistą rocznicę, która także przypada na dzień trzynastego grudnia, tyle że dotyczy roku 1987. Był to piękny zimowy, śnieżny dzień. W tamtych latach czynnie uprawiałem myślistwo, a łowiecki rejon mojego warszawskiego koła to były okolice Łomży. Rejon obfitujący wówczas w dorodne zające, większe niż w zachodniej części Polski. 13 grudnia wybraliśmy się zatem na polowanie wigilijne. Bór co prawda darzył, ale tylko do czasu. Po pierwszym dniu polowania w bardzo poważny sposób złamałem sobie nogę. Złamanie otwarte z kością wystającą z podudzia. Pogotowie przewiozło mnie do szpitala w Ostrowi Mazowieckiej, gdzie popełniono błąd w sztuce medycznej, pozostawiając moją nogę na dwa dni w szynie z pogotowia, zamiast rozciągnąć miejsce złamania na wyciągu. Kiedy po owych dwóch dobach przewieziono mnie do szpitala w Warszawie, na operację było już za późno. Podpięto mnie do wyciągu i musiałem przeleżeć na plecach, przywiązany za nogę do obciążonej stalowej linki, prawie półtora miesiąca. Wyszedłem ze szpitala w gipsie po pachwinę, a potem przez sześć lat chodziłem najpierw o kulach, potem o jednej kuli, wreszcie o lasce. Dzisiaj nadal nie wszystko jest w porządku z moją nogą, ale chodzę normalnie. No i to moja i tylko moja rocznica związana z 13 grudnia. Rocznica tym bardziej znacząca, że od owego dnia nie palę papierosów. Czyli już od lat 27.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Aby zakończyć rozważania dotyczące dnia 13 grudnia dodajmy, że niezapomniana Kasia Sobczyk już dawno, dawno temu śpiewała „Trzynastego nawet w grudniu jest wiosna”, którą to piosenkę polecam jako hymn dla licznej rzeszy demonstratorów ogłupiałych polityczną agitacją. Można tę piosenkę śpiewać w rytmie marsza.

Zostawmy politykę. Nie lubię o niej wspominać, bo muszę wówczas opisywać ludzi, których nie szanuję. A oni niczym nie zasłużyli na mój twórczy wysiłek. Wolę zatem pisać o osobach, które coś sobą rzeczywiście reprezentują. Postaram się w następnym felietonie.

W minionym tygodniu spędziliśmy z żoną kilka dni w Warszawie. Trzeba było oderwać się choć na chwilę od atmosfery samorządowych wyborów. Kilka tygodni w otoczeniu niezliczonej ilości plakatów i ulotek wyborczych to poważne obciążenie dla wzroku i w konsekwencji może spowodować oczopląs. Co więcej, w stosunkowo niewielkim mieście, gdzie prawie wszyscy znamy się, taki natłok fotograficznych portretów „krewnych i znajomych królika” powoduje, że człowiek czuje się jakby dzień po dniu przewracał kartki rodzinnego albumu fotografii. Wciąż ci sami wujowie! Do znudzenia. No to trzeba było na trochę uciec.

Moich czytelników, którzy związani są z Warszawą (o tym, że są tacy wiem z maili i telefonów) informuję, że mieszkaliśmy z żoną w apartamencie na rogu ulic Wilczej i Emilii Plater, czyli blisko politechniki. Tych, którzy studiowali na tej uczelni zawiadamiam niniejszym, że papierniczy sklep na rogu Emilii i Koszykowej jest w tym samym miejscu, co pięćdziesiąt lat temu, a także cukiernia Wróbla egzystuje bez zakłóceń vis-a-vis gmachu głównego PW, przy ulicy Noakowskiego. Bazar „Koszyki” jest w trakcie rozbiórki. Z nowości polecam dość dziwną restaurację na rogu Wilczej i Emilii Plater, gdzie podają na drewnianych deseczkach najprawdziwsze wołowe steki wszelkich znanych, światowych odmian. Tak znakomite (i miękkie), jakich nigdzie w Polsce nie jadłem.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}