Choć tytuł dzisiejszego felietonu jest podobno chińskim przysłowiem, odnoszę wrażenie, że znakomicie pasuje do naszej polskiej, dzisiejszej rzeczywistości. Na ogół staram się unikać tematów politycznych, ale o czym można pisać w kraju ogarniętym czymś w rodzaju politycznego obłędu?
Pałac Kultury i Nauki pośród szklanych domów centrum Warszawy" class="caption" />O sędziach trybunału? O nachalnej głupocie niektórych posłów i posłanek? Żenujące. Spoza polityki to może pozostał nam, jako temat, tylko przedwojenny aktor Eugeniusz Bodo, który nagle stał się niesłychanie modną postacią historyczną. W każdej księgarni, czy choćby kiosku, spotykamy biograficzne książki o nim, no i do tego serial telewizyjny. To akurat jest dla mnie interesujący życiorys twórczy, aczkolwiek podejrzewam, że obecną popularność zawdzięcza Bodo politycznemu zapotrzebowaniu. Po aresztowaniu przez NKWD w roku 1941, wywieziono go w głąb Rosji, gdzie zmarł z głodu i wycieńczenia w sowieckim łagrze. Taki tragiczny finał to przecież niebywała gratka dla aktualnie rządzących. A zatem i tutaj polityka.
Jeśli starczy mi miejsca w dzisiejszym „Kurku”, to chętnie napiszę kilka słów o wymienionym telewizyjnym serialu, ponieważ jest to pierwszy, od bardzo wielu lat, odcinkowy film jaki oglądam. Dotychczas unikałem jak ognia wszelkich popularnych telewizyjnych tasiemców. Głównie z powodu niechlujnej tandety jaką z reguły prezentują. Zarówno pod względem wizualnej techniki, jak i głębi intelektualnego przekazu.
Po raz kolejny władza bierze się za zmianę nazewnictwa ulic w związku z nową ustawą dekomunizacyjną. Rozumiem to. Nigdy nie byłem wielbicielem minionego ustroju, a także nie przynależałem do PZPR. A jednak uczucia mam mieszane.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Ale wróćmy do przykładów stricte dekomunizacyjnych. W roku 1952 przedwojenną warszawską ulicę Chmielną (Orkiestra z Chmielnej)przemianowano na Rutkowskiego. Natomiast sąsiednie, śródmiejskie uliczki Złota i Zgoda otrzymały za patronów niejakiego Kniewskiego oraz Hibnera. Uczono nas wówczas w szkole, że byli to komunistyczni bohaterowie, walczący o lepsze jutro. W roku 1989, w ramach dekomunizacji, przywrócono dawne nazwy. Dopiero wówczas dowiedzieliśmy się, że cała trójka komunistycznych patronów to byli właściwie zwyczajni bandyci. W roku 1925 przygotowali oni zamach na policyjnego donosiciela. Zamach nie udał się. Uciekając przed policjantami, trzej zamachowcy ostrzeliwali się, zabijając kilku niewinnych przechodniów. Między innymi młodego studenta. Za owe zabójstwa zostali prawomocnie skazani i rozstrzelani na stokach Cytadeli. I takie to ideologicznie uświęcone indywidua patronowały śródmiejskim, warszawskim ulicom. Przez całe 37 lat. Ale bywały przypadki bardziej skomplikowane. Pamiętam spór warszawskich radnych o zmianę nazwy ulicy Kasprzaka. Marcin Kasprzak był socjalistą, który w roku 1904 założył w Warszawie drukarnię SDKPiL. Czyli było to jeszcze podczas zaborów. Kiedy carscy żandarmi otoczyli obiekt, aby aresztować właściciela drukarni, Kasprzak bronił się, zabijając czterech z nich. Za to został powieszony na stokach Cytadeli. Różnie można go dzisiaj oceniać, ale co on miał wspólnego z komunizmem?
Przy okazji jeszcze jedna warszawska ciekawostka z zakresu dekomunizacji. Jako wieloletni warszawiak wychowałem się przepełniony niechęcią do gmachu Pałacu Kultury i Nauki. Dawniej imienia Józefa Stalina. Dzisiaj atoli, kiedy przyjeżdżam do Warszawy i spoglądam na dość koszmarne centrum, zbudowane z przeszklonych wysokościowców w stylu wczesnego Hongkongu, z przyjemnością spoglądam na staroświecką, socrealistyczną architekturę budynku. Ot, taki dziwny relikt przeszłości. Kogo to dziś może obchodzić, że niegdyś zbudowały go „ruskie”. Chyba tylko mało udanego eksministra Sikorskiego.
Rozpisałem się na poważne tematy i zabrakło mi miejsca na Eugeniusza Bodo. Ach, ta polityka. Nie da się uciec.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
