Tydzień temu, opisując swoją „wycieczkę” do Warszawy, wspomniałem, na zakończenie felietonu, o fenomenie elektrycznych hulajnóg.
Najnowszym szaleństwie warszawiaków. W pewnym sensie wręcz plagi warszawskich ulic i chodników. Ledwie powróciłem do Szczytna, hulajnogowy temat dopadł mnie ponownie, tym razem za pośrednictwem telewizji. Śledzę kolejne dyskusje na temat bezpieczeństwa przechodniów, dopuszczalnej prędkości elektrycznych pojazdów oraz ich dostępności małoletnim użytkownikom. Obserwowałem przez tydzień owo stołeczne szaleństwo i podzielam obawy dyskutantów. Ale dzisiejszy tekst chcę poświęcić historii. Oczywiście historii powstania owej zabawki, czy też raczej praktycznego, jednośladowego pojazdu.
Na początku było koło. Tyle wiemy naprawdę. Później zaczynają się wątpliwości. Istnieje przypuszczenie, że hulajnoga powstała, jako produkt uboczny, podczas procesu twórczego wynalazcy roweru. W roku 1813 Niemiec Karl Friedrich von Dreis skonstruował rowerek biegowy, czyli welocyped. Dwukołową maszynę ze zwrotnym przednim kołem. Należało spocząć na siodełku i już można była pędzić, odbijając się nogami od drogi. Od nazwiska twórcy nazywano tę machinę drezyną. W roku 1817 wynalazca przemierzył na niej 50-kilometrową trasę z Karsluhe do Kehl. Zajęło mu to cztery godziny, czyli osiągnął średnią prędkość 12,5 km na godzinę. Dwukrotnie szybciej niż gdyby ostro maszerował. Jego wynalazek nie przyjął się. Podobno prototypowy rowerek sprzedano na aukcji za 5 marek. Atoli wkrótce potem ukazał się w Niemczech bardzo podobny pojazd, tyle że siodełko zastąpiono platformą do stania. Była to zapewne inicjatywa któregoś z rodaków Karla von Dreis. Pierwsza hulajnoga. Ten wynalazek powszechnie zaakceptowano. Nieco później w Ameryce, w latach 1929-1933, czyli podczas wielkiego kryzysu, zyskał on niezwykłą popularność wśród dzieci, które same sobie budowały hulajnogi z pozyskanych kawałków drewna i przeróżnych kółek.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Tutaj dygresja osobista. Niewiele lat po zakończeniu drugiej wojny światowej, w latach pięćdziesiątych, mieszkałem w Warszawie. Niewiele było miasta, jako takiego. Raczej jeden ogromny plac budowy. Mieszkałem z rodzicami w pierwszym budynku mieszkalnym zbudowanych przy ulicy Nowy Świat i chodziłem do nowo powstałej podstawówki. Dzieci jak to dzieci - muszą się bawić. Tylko skąd wziąć zabawki w zrujnowanym wojną mieście? Trzeba było jakoś sobie radzić. Plac budowy jest wspaniałym miejscem. Składowiskiem przedmiotów przydatnych. To w Warszawie wymyślono grę w Zośkę, wykorzystując kawałki ołowiu z używanych wówczas kabli. Dowiązywało się do takiego kawałeczka wiecheć z wełnianych, grubych nitek i tak powstawała lotka o właściwościach podobnych do dzisiejszych, badmintonowych. Tyle że podbijało się to nogą, a nie rakietą. Hałdy piasku, obecne na każdej budowie, to było wspaniałe miejsce do gry w pikuty. Należało podrzucić nóż w różny wyszukany sposób, a on musiał zawsze wbić się w piasek ostrzem, a nie dupką (brzydkie słowo, ale to określenie fachowe z tamtych lat). No, a co z hulajnogami? Otóż nietrudno było zdobyć solidne, kulkowe łożysko. Tatuś robotnik zawsze potrafił „zwędzić” dla synka ze dwa takie (nie piszę o moim tatusiu, bo pracował on w biurze). A wtedy wystarczyło odpowiednio połączyć dwie deski, przymocować owe łożyska i... fruuu. Swoją drogą hałasowały te hulajnogi straszliwie. Stalowe kółka na byle jakiej powierzchni - najczęściej betonowych, prowizorycznych torach dźwigów, przeraźliwie zgrzytały na zakrętach. Przy okazji warto dodać, że to wówczas wymyślono, popularne dzisiaj, deskorolki. Żeby zrobić hulajnogę, trzeba było połączyć zawiasami dwie deski. A jak do jednej tylko deseczki przymocowano cztery łożyska, to wychodziła z tego świetna deskorolka. Tyle że zgrzytająca chyba jeszcze bardziej niż hulajnoga.
Opuśćmy powojenną, komunistyczną Warszawę i przejdźmy do wielkiego, zachodniego świata. W roku 1947 czołowym, globalnym producentem drewnianych zabawek była brytyjska firma „Linie Bros Ltd”. Produkowano tam także hulajnogi. Reklamowano swój wyrób, jako model wymyślony pół wieku wcześniej przez piętnastoletniego wówczas Waltera Linesa, z rodziny właściciela angielskiego przedsiębiorstwa.
W czasach współczesnych możemy dostrzec hulajnogi także w zawodowym życiu ludzi dorosłych. W Berlinie korzystają z nich policjanci. W niemieckim, ogromnym szpitalu w Wuppertal, na hulajnogach śmigają pielęgniarki. Po długich korytarzach. Dziewiętnastoletni Japończyk Naoya Nishinaga przejechał na hulajnodze całą Japonię. 5000 km. Oczywiście wszystkie te informacje dotyczą hulajnóg tradycyjnych, a nie tych z napędem elektrycznym.
Jest takie powiedzenie, że historia kołem się toczy. No właśnie. Na początku było tylko koło. Później wozy, samochody, szynowe koleje i tramwaje, pojazdy na gąsiennicach i inne wyszukane wynalazki. I oto powróciliśmy do prymitywnej hulajnogi. Fakt, że z elektrycznym napędem, ale cóż to dzisiaj za nowość elektryfikacja kraju? Czyli historia zatoczyła koło.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
